Krótka opowieść o tym jak nie zostać mistrzem Polski.

Czytanie relacji innych osób z ich zawodów jest mimo wszystko nudne, natomiast z tego sprawozdania każdy maratończyk a nawet półmaratończyk może się moim zdaniem bardzo dużo nauczyć więc zachęcam do lektury.

W końcu po 6 miesiącach treningu nadszedł ten dzień… Mistrzostwa Polski w nordic walkingu na dystansie maratonu Jastrowie 2018. Oczywiście warto wspomnieć, że był to cross co stanowiło dodatkowy smaczek.

Przebiegłem w życiu 5 maratonów i blisko 30 połówek. Natomiast nigdy nie musiałem zmierzyć się z wysiłkiem, który miał trwać 5 godzin i to w wariancie optymistycznym. Nie wiem co na trasie mnie pchało do przodu chyba najbardziej wstyd przed kompromitacją a może wolniejsi zawodnicy, których dublowałem. Sam tarłem nosem o ziemię a i tak przy niektórych byłem świeży jak szczypiorek na wiosnę dlatego nie wypadało poddać się skoro oni szli tak dzielnie. W końcu osiągnąłem cel w postaci mety i z czasem 4:56:53 zostałem ogłoszony przez spikera 4 osobą w Polsce na dystansie maratonu i 3 w kategorii M40. Prawie super 😉

Potem sms-y, gratulacje… dostałem również niemal od razu kilka pytań od przyjaciół i znajomych, wszystkie z tym samym wydźwiękiem: 4 miejsce i jak to odbierasz? Złość, satysfakcja, można było lepiej? Zrobiłeś maksa? Odpowiadałem: dałem ciała i… dobrze mi tak.

Przed samym startem nakręciłem się, interesowało mnie nie tyle miejsce na mecie, mogłem być i 10 tylko chciałem być szybki. Wierzyłem, że to samo z siebie przełoży się na wysoką lokatę. Wariantem optymistycznym było tempo poniżej 6:40, zadowalającym 6:40-6:50 i wersja słabsza 6:51-7:00 na koniec koszmarna czyli tempo 7:00 plus. Na mecie było 7:02 więc coś się zadziało…

Wystartowałem bardzo spokojnie na 8 pozycji, którą utrzymywałem przez pierwsze okrążenie czyli 5 km. Czołówka była w zasięgu mojego wzroku wszystko było zatem pod kontrolą. Nawet dziwiłem się, że nie odjeżdżają. Za plecami też było spokojnie tylko tak dalej.

Po 15 km mój zegarek wskazał średnią prędkość 6:39 i czułem się świetnie. Wszystko szło zgodnie z planem… tzn. no prawie wszystko był jeden szczegół odstający od założeń. Zakładałem pierwszą dychę na tętnie 130-135 tymczasem byłem blisko 140. W dwóch miejscach na każdej pętli skakało do ponad 150 raz był to stromy fragment trasy drugim razem piaszczysta plaża długości 200-300 metrów. Ale ja pełen sił i czujący się bardzo mocno… pokonywałem te fragmenty jak robot nie zwracając uwagi na to, że delikatnie częstuję moje mięśnie tzw. zakwaszaniem.

Gdy od 15 km mój zegarek zaczął co dwa 2,3 km wskazywać średnie tempo odpowiednio mniejsze… 6:40, 6:41, 6:42 początkowo myślałem, że to może wina GPS, bo przecież jestem dalej pełen energii. Tętno nie rosło czyli pozornie super. Nawet z okolic 138 spadało do 135-136. Piłem, jadłem i maszerowałem… coraz wolniej.

Po 21 km wiedziałem, że dobrze to już było. Oszacowałem, że tracąc prędkość jak dotychczas na mecie i tak będzie 6:50. Tylko, że to był bardzo przeszacowany scenariusz.

Kończąc ten wątek, nie było ściany, nie było odwodnienia, przyjąłem odpowiednia ilość żeli. Owszem po 30 km przestałem zaczepiać mijane dziewczyny… no prawie. 😉 Na trasie był momentami spory ruch gdyż jednocześnie odbywały się mistrzostwa polski sztafet. Co zatem zawiodło? Tylko 3 elementy choć w tym jeden poważny.

Najpierw szczegół, który kosztował mnie przynajmniej minutę i sam w sobie mógł wystarczyć na miejsce 3 w klasyfikacji generalnej. Według dostępnych kalkulatorów dodatkowy 1 kg to w biegu maratońskim o 1:45 gorszy czas na mecie. Wprawdzie dotyczy to biegu ale bez wątpienia w nordic walkingu też ma to duże znaczenie. Do 3 miejsca straciłem 2 minuty i 15 sekund. Gdybym był bliżej rzuciłbym resztki resztek sił do walki. A czemu piszę o tym kilogramie?

Zakupiłem dzień przed startem plecak z bukłakiem i załadowałem go litrem izo (czyli 1 kg). Przypadkiem rurka się zagięła dosyć nieszczęśliwie, gdzieś na dnie o czym nie wiedziałem i oprócz jednego łyka przyniosłem cały zapas na metę. Po zawodach znajomi mówili mi trzeba było go rzucić po 1 okrążeniu. No tak ale ja w plecaku miałem żele i żadnych innych kieszeni. Mogłem wyjąć sam bukłak ale wtedy nie wiedziałem jak się go odpina. Przecież nie sprawdzałem takich rzeczy.

Lekcja 1 NIGDY NIE EKSPERYMENTUJ NA ZAWODACH (szczególnie na maratonie)

Mógłbym zażartować, że przynajmniej miałem po zawodach izo pod ręką. 🙁

Teraz szczegół, który kosztował mnie znacznie więcej. Choroba 3 tygodnie temu. Przed nią śmigałem na średnim tętnie 137-138 w tempie 6:18-6:20 po chorobie na tym samym tętnie 6:40 co potwierdziło się na zawodach. Ktoś powie a może to stres. Wcale nie, bo po chorobie codziennie rano miałem po przebudzeniu tętno spoczynkowe 60-62 gdzie normalnie mam 48-50 a przy chorobie 68+. Zatem jakieś straszne osłabienie nie puściło mnie a sam kaszel ustał 4 dni przed startem. Wyceniam ten szczegół na… drugie miejsce. Po zawodach od razu miałem okropny ból gardła co lekko utrzymuje się do dziś. I tętno dalej 60-62.

Żeby dolać oliwy… do ostatniej chwili na skutek choroby byłem przekonany, że nie pojadę na te zawody i dlatego nie robiłem rezerwacji noclegu. Potem nie było już miejsc w pobliżu i w efekcie wstałem o 3.00 w nocy. Spędziłem 3,5 h w samochodzie i przybyłem na 1,5 h przed startem. Po czym dalej siedziałem w aucie, bo było bardzo zimno. Wiem, wiem amatorszczyzna jak… Zgadzam się i posypuję głowę popiołem.

Lekcja 2 NA MARATONIE MUSISZ!!! BYĆ WYPOCZĘTY I ZDROWY… W PEŁNI ZDROWY I BEZ URAZÓW.

Teraz „truskaweczka” na torcie (jak mawiał Tomasz Hajto). Oczywistym jest, że najskuteczniejszą metodą na pokonanie dowolnego dystansu jest taktyka negative split czyli pierwsza część wolniej a druga szybciej lub przynajmniej bardzo podobnie. Natomiast ja pierwszą połówkę pokonałem w czasie 2:21:30 a drugą 2:35:23. To jest K2 głupoty. Kto nie wierzy odsyłam do relacji z maratonu Toruń tam pierwsze 21 km pobiegłem w czasie 1:43:14 a drugie w czasie 1:41:56. W efekcie był rekord, „małe” zmęczenie i euforia.

Co dałoby wyeliminowanie tego błędu… nawet nie gdybam. W sumie chyba cała pierwsza dziesiątka zawodników zrobiła podobny błąd ale mnie to w żaden sposób nie pociesza. Bo komu jak komu ale mi to się zdarzyć nie powinno. Dlaczego zatem tak zrobiłem. Mam swoje małe usprawiedliwienia choć wcale nie jest mi z tym lżej.

Najlepszy swój maraton przebiegłem na średnim tętnie 140 zatem uznałem, że może i teraz tyle wytrzymam. Natomiast do dziś byłem przekonany, że tam było 143 NIE SPRAWDZIŁEM TEGO!!! Zaufałem swojej pamięci. Co w pewnym wieku nie jest dobrym pomysłem hahaha. Zatem chciałem pójść ewentualnie na 143 a kiedyś moje 143 skończyło się tragicznie.

Tymczasem nie wytrzymałem 138. Pewnie trochę wpłynęło na to osłabienie ale kluczowe jest coś zupełnie innego. Przedziały tętna w nordic walkingu nijak się mają do stref wyznaczanych do biegania. Tutaj te ramy są niższe. Natomiast wobec braku publikacji w tym temacie eksperymentuję na sobie. Zakładałem, że te przedziały są niższe o 5 uderzeń ale teraz myślę, że może być to wartość większa. Miałem iść na średnie 135 lub niżej a zaszalałem… szkoda gadać tzn. pisać. Jakby nie patrzeć to była dla mnie bardzoooo cenna lekcja, której nie można przeżyć na treningu.

Co więcej nie pomogłem swoim mięśniom zakwaszając je np. na 8 odcinkach plaży a potem no cóż… bolało. I brakło w nich mocy.

Lekcja 3 ZAWSZE TRZYMAJ SIĘ ZAŁOŻEŃ TAKTYCZNYCH W POSTACI ODPOWIEDNIEGO TĘTNA I ZAPLANUJ, SPRAWDŹ MOŻLIWE WSZYSTKO NIE ZDAJĄC SIĘ NA PAMIĘĆ I IMPROWIZACJĘ.

W części 2 napiszę Wam m.in., który maraton jest trudniejszy biegowy czy nordicowy i chyba nie jest to wcale tak oczywiste. I opowiem o jeszcze kilku ciekawych wydarzeniach.

Inne osoby czytały również:

III Puchar Polski w nordic walkingu Kolbuszowa.

2018-06-11 14:52:49
runnerski-pl

18

Debiut w Pucharze Polski.

2018-05-07 13:19:43
runnerski-pl

18

Szybka piątka

2018-06-22 11:44:14
runnerski-pl

8

Kiedy pobiec pierwszy maraton?

2018-06-04 15:01:59
runnerski-pl

8