Veni, vidi, vici czyli wielkie „gdyby”.

Zrobiłem to znowu,

jest życiówka w półmaratonie 1:31:02s.,

poprawiłem się o 1 minutę 16 sekund.

Powinienem napisać teraz, że było bardzo ciężko ale walczyłem do końca i tylko dzięki determinacji, silnej woli… ale było odwrotnie, było stosunkowo łatwo problemy były inne i wszystko było nieco przypadkowe stąd słowo „gdyby”.

Gdybym nie uwierzył w to, że sezon może trwać dłużej niż zakładałem ja i wielu specjalistów, trenerów, nie dokonałbym ryzykownego eksperymentu (pisałem o tym we wpisie Mój 21 start na 21 km) pewnie wszystko zakończyłoby się na starcie w Nowej Soli, który był porażką i musiałem przekonać samego siebie, że Prawdziwego biegacza poznaje się po tym jak przegrywa.

Właśnie gdyby nie Półmaraton nowosolski (1:37:02) nie miałbym takiej motywacji do udowodnienia wszystkim i sobie, że jestem w stanie zrobić to znowu. Zmieniłem treningi w ostatnich 3 tygodniach przygotowując się zupełnie inaczej niż przed Nową Solą i wcześniejszym rekordowym Pszczewem. Ale to jeszcze nic o wszystkim mogła zadecydować sekunda…

Gdyby chwycił mnie skurcz, sekunda złego napięcia w mięśniach skończyłoby się rezultatem 10 minut gorszym. Na trasie miałem z tym ogromny problem od 6-7 km czułem, że zaraz to nastąpi, że zaraz chwyci, najpierw wewnętrzna część uda potem łydka następnie druga noga jeszcze sekunda i… i nic nie chwytał aż do mety ale nigdy o nic na trasie biegu nie bałem się jak właśnie o to, że 10 km potem 5 km a może 500 przed metą chwyci skurcz i to będzie koniec marzeń. Starałem się skrócić krok, zmniejszyć napięcie, pić jak najwięcej ale co z tego jak myśląc o rekordzie trzeba było dać najwięcej w życiu i gnać przed siebie, udało się.

 

 

Gdybym nie wziął udział w konkursie i nie został zaproszony do tego biegu wraz z innymi ciekawymi ludźmi nie wystartowałbym we Wrocławiu, tego biegu nie byłoby w mojej historii biegowej. Stałem w pierwszej linii wraz z tzw. „elitą” biegu reprezentując drużynę organizatora konkursu i sponsora BRUBECK Team to było niesamowite naładowanie akumulatorów. To mnie poniosło bez dwóch zdań. Co więcej jeden z laureatów konkursu biegł ze mną do 11 km, wiedziałem że on biegnie na gorszy czas niż mój rekord życiowy, nie chciałem go szarpać, przez co tę część dystansu biegłem spokojnie zachowując siły na trudniejszą drugą połowę. Pewnie gdyby nie Jarek wyrwałbym nieco szybciej i mogło to zakończyć się wielką porażką.

Gdyby nie kolega z trasy, który biegł przede mną od 12 do 15 km, gdyby nie następny nieziemski biegać, który zawsze biega z dzieckiem w wózku (ukończył bieg przede mną) trzymałem się niego od 15-20 km słuchając setek komentarzy kibiców (patrzcie facet z dzieckiem, tam śpi dziecko, jak on z dzieckiem biegnie itd.) bawiło mnie to nieprzeciętnie i pomagało zapomnieć o zmęczeniu i skurczach choćby na chwilę.

 

 

Gdybym pojechał na te zawody sam też byłaby zapewne „wtopa”. Wybraliśmy się wspólnie z przyjacielem Wojtkiem dzięki niemu zapomniałem o stresie. Normalnie przed zawodami, w których walczę o własne rekordy czuję się jak zapędzona w kąt pokoju mysz, która udaje tylko pewnego siebie tygrysa ale za chwilę skapituluję przed kotami o imieniu „stres” i „ambicja”. Zawsze wtedy zjada mnie właśnie stres potem ambicja goni do przodu i jest za szybko na początku lub jestem tak usztywniony, że odnoszę porażkę. A tu byłem skupiony ale wyluzowany poza tym czułem, że muszę także koledze coś udowodnić to był pozytywny bodziec mnie motywują właśnie takie sytuacje. Mówiłem mu jak nie teraz, jak nie przy idealnej 14C pogodzie, jak nie na płaskiej trasie w moim studenckim mieście to kiedy? On przytakiwał i zadziałało. Dzięki.

No dobra przyznaję na trasie był ciężko, były chwile zwątpienia po 10,5 km miałem czas w okolicach 45:50 zanosiło się, że jeśli poprawię rekord to o kilka sekund tymczasem drugą część przyspieszyłem a w końcówce jeśli nie finiszowałem na maksa to biegnąc na oparach sił byłem szybki. Drugą część trasy pobiegłem szybciej niż pierwsze 10,5 km co też było optymistycznym wariantem do zrealizowania.

Kibice byli nieziemscy, atmosfera jak na najlepszych imprezach myślę, że światowych do tego 7 500 uczestników, bardzo dobra organizacja brak kolejek do rejestracji nieraz na zawodach gdzie startowało 400 osób stałem 15-20 minut za numerem startowym.

Miałem możliwość startu w pierwszej linii wraz z najlepszymi zawodnikami i zawodniczkami z Polski czy Kenii. Uświadomienie sobie, że za moimi plecami na odcinku prawie 0,5 km stoi i czeka na start małe miasto ludzi zdeterminowanych do tego aby walczyć z własnymi słabościami. Myślałem o tym i miałem zabawę jak nigdy wcześniej. Dzięki Wrocław i dzięki dla sponsora. Napiszę to jeszcze raz, tego biegu mogło nie być, zadecydował konkurs.

Mały szczegół ale trzy dni przed biegiem przestały mi działać wszystkie pulsometry jakie miałem w szufladach szybko dzień przed zawodami kupiłem kolejny sprzęt, bez niego nie poszłoby aż tak precyzyjnie a tu brak precyzji może kosztować minuty.

Pierwsze 15 km biegłem w zakresie tętna 148-154 uderzeń dokładnie co do uderzenia, właśnie tak jak to zaplanowałem w efekcie średnie tętno na mecie wyniosło 152 uderzeń. Dla porównania w Nowej Soli przy wyniku 1:37’02’’ było to 151 a w Pszczewie przy wyniku 1:32’18’’ było to 155-156. Może świadczy to o tym, że była rezerwa wytrzymałościowa (nawet na pewno) ale wtedy pewnie przegrałbym z własnymi mięśniami, które miały dość.

Gajusz Juliusz Cezar powiedział „Przybyłem, zobaczyłem, zwyciężyłem” ja z ogromnym szczęściem powiedziałem: przyjechałem, przebiegłem, zrobiłem życiówkę tak wyglądało moje zwycięstwo. Dobra kończę, bo minęło 48 godzin a ja dalej cieszę się jak dziecko ale to dlatego, że pamiętam ile razy i jak ciężko musiałem pracować na treningach.

A te 62 sekundy brakujące do spełnienia BIEGOWEGO MARZENIA ŻYCIA poprawię za rok… albo szybciej.