Ultramaratończycy to świry (lektura jeszcze bardziej obowiązkowa).

Ultramaratończycy to świry (lektura jeszcze bardziej obowiązkowa). Na początku opowiem Ci jak było.

Rozumiem mieć w życiu poprzestawiane priorytety przez zbyt poważne podejście do biegania, bo sam tak mam i staram się z tym walczyć.

Rozumiem ludzi kochających maratony mimo, że jest to wyzwanie ponad ich siły i zdrowie, bo sam uwielbiam półmaratony ale widzę, że wirus maratoński rozwija się w moim umyśle i jesienią pewnie wykiełkuje na stałe…

ale żeby biegać 100 km trzeba być nienormalnym człowiekiem.

Tak myślałem.

A gdy uświadomiłem sobie, że 100 km to wstęp do biegów dla których ciężko zdefiniować kategorie, bo mają 160, 200 i więcej kilometrów do tego prowadzą szczytami gór czy pustynnymi wydmami a w niektórych krajach na starcie stają tysiące uczestników to… ludzie tam rywalizujący muszą być świrami.

Zadzwoniła do mnie żona:

– Wiesz, że dzisiaj jest dzień ojca – zapytała głosem oznajmującym.

– A wyobraź sobie, że w tym roku wyjątkowo wiem – odpowiedziałem spokojnie gdyż usłyszałem tego newsa rano w radiu inaczej niż w latach ubiegłych kiedy to zawsze zapominałem i dowiadywałem się od innych.

– Co Ci kupić od naszych dzieciaków: koszulka biegowa, skarpetki, spodenki…wybieraj – zapadła cisza no teraz dopiero oczy zaświeciły mi się, źrenice rozszerzyły jeszcze tylko szybka analiza sytuacji: buty nie, bo dopiero co kupiłem, koszulka nie…

– Wiesz co w sumie to wszystko mam, niczego nie potrzebuję (po tylu latach biegania samych koszulek technicznych z zawodów mam więcej niż eleganckich koszul czy ubrań w ogóle) ale czekaj… kup mi książkę rzecz jasna o bieganiu poczekaj… jak to było… Dołęgowscy autorzy to Dołęgowscy ona nazwisko dwuczłonowe w tytule coś… „ultra”. I kupiła.

Za dwie godziny dzieci wręczyły mi prezent. Popatrzyłem uśmiechnąłem się, kichnąłem, podziękowałem, że niby rewelacyjny pomysł, skąd wiedzieli i takie tam. Myślę gruba pozycja jak na autorów Polaków i jeszcze dodałem pod nosem te biegi ultra są bez sensu… będę się męczył czytając to tak jak oni biegną.

Czytałem wcześniej Scotta Jurka „Jedz i Biegaj”, Deana Karnazesa „Ultramaratończyk” i Richa Rolla „Ukryta siła” owszem to są herosi i osoby, które podziwiam za ich pasję, wytrwałość i siłę. To są mistrzowie ale reszta „ultrasów” to muszą być świry i tyle. Tak wyglądało to kilka dni temu.

Nazwiska Magdalena Ostrowska-Dołęgowska i Krzysztof Ostrowski kojarzyłem z Miesięcznika „Bieganie” (czytam to pismo kilka lat) ale Polacy piszący o ultra to będzie żałosna lektura. Do tego dopisek na okładce „jak przebiec 100 km w jeden dzień, koić ból śpiewem i postawić pasję ponad dom i kredyt”. Wyjdzie z tego najpewniej kalka amerykańskiego snu o sukcesie po ciężkiej pracy… prawda, że żałosne. Uważałem ich za cwaniaków z gazety co to wypisują mądre frazesy a o tym co tak naprawdę osiągnęli lub na czym się znają, czym się zajmują nie miałem zielonego pojęcia.

Rozchorowałem się następnego dnia i leżąc w łóżku z nudów zacząłem czytać… Po pierwsze jeśli książki wyżej wymienionych zagranicznych autorów były ciekawe to ta jest pasjonująca. Od pierwszych stron widać i czuć, że oni pisali to sami (przy książkach zagranicznych sportowców zawsze mam wątpliwości kto był autorem, bo mają te same schematy). Po drugie tu miałem przed sobą opowieść jakby znajomych mi ludzi, do końca tej książki przecierałem oczy ze zdumienia nad osiągnięciami Magdy i Krzyśka mimo, że ich można spotkać w sklepie z butami. W jednej rywalizacji wygrali nawet i to wyraźnie ze Scottem Jurkiem co jest niebywałym osiągnięciem, który potem napisał na swoim profilu „całkiem możliwe, że była to jedna z najtrudniejszych tras, jakie w życiu zrobiłem”.

„- A jeśli zrobię sobie krzywdę? Ze zdrowiem nie ma żartów, może naderwałem sobie mięsień? – powiedział Maciek Więcek (…)

– Teraz się nad tym zastanawiasz? Po prawie pięciuset kilometrach? Taka cię refleksja naszła? –rozdrażniona przerwałam ciszę. Może i chciał coś powiedzieć, ale w słowo wszedł mu Piotrek Dymus, który dotąd siedział jakby znudzony, z głową opartą o szybę auta.

– Maciek, co się miało popsuć, to już się popsuło. Jeśli coś urwałeś w tej nodze, to jest urwane. I bardziej sobie nie zaszkodzisz. To, czy przejdziesz z tym udem jeszcze osiem kilometrów, czy nie, nie zrobi żadnej różnicy dla tego mięśnia. Po pięciu stówach to już wszystko jedno. Po prostu wyjdź samochodu i zrób, co masz zrobić.” – str. 88

Czytając tylko ten fragment historii biegu Macieja Więcka, który zaplanował sobie, że pokona w ciągu 100 godzin dystans 500 km Głównego Szlaku Beskidzkiego, a w której to historii autorzy czynnie uczestniczyli można mieć wrażenie, iż Ultramaratończycy to wariaci narażający życie. Myślałem tak dlatego, że jeśli chodzi o mnie to moja wiedza o biegach ultra była zaledwie takim fragmentem całego zagadnienia jakim fragmentem opowieści o dokonaniu Macieja jest powyższy urywek. Według Magdy i Krzyśka bardziej niebezpieczny od bardzo długich biegów jest sam dojazd autem na zawody.

Magdę polubiłem niemal od początku lektury teraz to „prawie” moja kumpela, Krzysiek to super koleś. Właśnie tak będziecie się czuli po przeczytaniu tych 300 stron. Oni są świrami przyznaje i to nieziemskimi ale tylko w moim poukładanym życiu. To co robią jest dopiero teraz lepiej dla mnie zrozumiałe. Ja po przeczytaniu tej książki pierwszy raz inaczej spojrzałem na Ultramaratończyków. Nie piszę, że znam biegaczy ultra, bo to co oni czują trzeba przeżyć i to wiele razy ale nieco bardziej ich rozumiem.

Nigdy nie odważyłbym się stanąć na starcie 100 km wyścigu (nawet gdyby był z górki). Na wspólny start z którymś z tej dwójki na dowolnym dystansie zdecydowałbym się w ciągu 2 sekund nie konsultując tego z nikim. Mając w głowie to jak wyglądają cierpienia, bo o tym również można przeczytać w ich książce zaufałbym im w każdym aspekcie nawet gdyby mieli „operować” moje odciski na nogach czy słuchali moich halucynacji na trasie i potem mieli się z tego śmiać przez całe miesiące… tylko, że oni by się nie śmiali.

„Nieco słabłem na podejściach. (…) Wyciągnąłem więc hol i zaproponowałem Kamilowi, że przypnę się do niego na dwumetrowej gumie. (…) Hol to potężne narzędzie, które zamierzaliśmy właśnie puścić w ruch. Pozwala ono wyrównać siły w zespole, podnieść tempo, często pomóc zawodnikowi, który przeżywa kryzys (nie wiedzieliśmy, że w tym samym czasie za nami Magda na podobnej lince właśnie ciągnęła Justynę, słabnącą z minuty na minutę)” – str. 182

Ta książka nie jest podobna do amerykańskich scenariuszy, w których nieznany człowiek po walce z najcięższymi przeciwnościami zawsze pokonuję mistrza i sam zostaje mistrzem. Ona oprócz niesamowitych opisów startów dwójki autorów przedstawia nam historie ich przyjaciół a te są również pasjonujące wzruszysz się czytając np. opis startu Darka Strychalskiego, podczas wielkiego powrotu niepełnosprawnego Ultramaratończyka na Badwater Ultramarathon w 2014 r.

Ta książka to także sporo wiedzy jaką można wykorzystać w swoim treningu i jest to jej bardzo wartościowa część. Często przez doświadczenie autorów ich podejście do biegania kłóci się z powszechnie obowiązującymi prawidłami biegowej sztuki ale przez to może nam bardziej pomóc niż zaszkodzić.

„Jeśli biegasz w terenie – licz trening w godzinach i minutach, a nie w kilometrach”. – str. 152 Ja wszystkie treningi tak liczę kilometry są tylko po to żeby się niby chwalić a to minuty budują formę.

„Nie wstydź się zaczynać przygotowań do zawodów od 35 kilometrów w tygodniu” – str. 152 Chyba wyznajemy z Krzyśkiem te same teorie.

„Nawet przy maksymalnej objętości, staram się nie biegać dalej niż 28 kilometrów (2 godziny i 15 minut) podczas jednej sesji po asfalcie.” – str. 153 Facet biega dystanse 80+ km lub nawet 260 km i robi TYLKO dwugodzinne wybiegania po asfalcie, jednocześnie on biega 10 km poniżej 35 minut. Bez komentarza tylko naśladować.

To tylko fragment konkretnych wskazówek treningowych choć ani przez moment książka ta nie aspiruje do roli podręcznika biegacza. Ona mnie bawiła, wzbudzała ogromną ciekawość co będzie za chwilę, poszerzyła moją wiedzę, zmuszała do refleksji ale i zazdrości. Nauczyła mnie szacunku do dystansu i podziwu dla ludzi go pokonujących.

Podoba mi się w tej książce to, że piszą ją naprzemiennie „ona” i „on” przez co często mamy do czynienia z różnymi punktami widzenia. I jestem pewny, że jest to pierwsza książka o bieganiu ultra która spodoba się kobietom, myślę że o żadnym innym wydawnictwie nie mógłbym napisać podobnie. Co nie oznacza, że zawiedzeni będą panowie w tym żeby tak nie było duży udział ma zapewne Magda Ostrowska-Dołęgowska.

Magda i Krzysiek uczynili z biegania swoje życie i nie byłoby w tym nic oryginalnego, bo tacy ludzie zdarzają się ale oni są inni: ciekawi świata, ludzi, granic wytrzymałości swojej i swoich kolegów, eksperymentują, czytają, piszą o tym, wymyślają sobie absurdalne cele, pomagają przyjaciołom robić rzeczy jeszcze bardzie ześwirowane. Ich bieganie nie jest celem samym w sobie ono jest sposobem na realizowanie i wyznaczanie sobie celów.

Mógłbym jeszcze wielokrotnie cytować fragmenty tej książki ale zostawiłem sobie na później całkiem spory zaznaczony zestaw na wpisy w zakładce cytuję mistrzów…, bo to absolutni mistrzowie.

W mojej bibliotece biegowej książka „Szczęśliwi biegają ultra” to absolutnie Top 5. Niesamowita i wciągająca lektura. W gorący weekend z zimnym „izotonikiem” na tarasie, balkonie, na trawie gdziekolwiek bardzo gorąco… przepraszam bardzo szczerze polecam.

Inne osoby czytały również:

555 miejsce ucieszyło mnie bardziej niż 101.

2015-05-22 13:42:09
runnerski-pl

18

SEZON 2019 moje treningi – raport nr 5

2019-02-06 15:04:03
runnerski-pl

8

Jedzenie przed, w trakcie i po treningu.

2019-01-28 15:12:44
runnerski-pl

8

SEZON 2019 moje treningi – raport nr 4

2019-01-18 14:52:40
runnerski-pl

8

Dieta amatora.

2019-01-14 15:07:58
runnerski-pl

8

SEZON 2019 moje treningi – raport 3

2019-01-04 14:37:57
runnerski-pl

8

Zrób sobie plan treningowy cz. III.

2018-12-31 12:43:44
runnerski-pl

8