Ujęcie czysto sportowe – relacja z walki o życiówkę.

Nie napisałem tego tekstu aby się chwalić albo pokazywać jaki jestem wspaniały, bo nie jestem i mam bardzo dużo wad ale… może kogoś z Was zmotywuję do systematycznego i świadomego biegania.

W ostatnim wpisie podzieliłem się z Wami „drobnymi” przeciwnościami jakie towarzyszyły mi podczas biegu po rekord w Nocnym Wrocławiu. Myślę, że interesująca i być może pouczająca nie tylko dla mnie okaże się relacja zawierające to co działo się od startu do mety. Zapraszam.

Przed startem byłem przekonany, że 1:29:59 jest do osiągnięcia z palcem w bucie ale było zdecydowanie trudniej. Strategie miałem prostą ustawić się przed peacemekerm, który prowadził na 1:30, uciec tej grupie już po starcie i nie dać się dogonić. W razie gdyby mnie doszli spróbować utrzymać się w grupie i stracone kilkanaście sekund nadrobić na finiszu. Średnie tętno jakie zakładałem na ten bieg to 153 ewentualnie 154 uderzenia serca na minutę. Tak zawsze wyglądały moje najlepsze biegi, szybsze tempo kończyło się porażką, tymczasem było zupełnie inaczej…

Ustawiłem się przed balonikiem na 1:30 i wystartowałem. Bardzo spokojnie zaliczyłem pierwszy kilometr, „za długo siedzę w tym interesie” aby podpalić się na samym początku. Zaskoczyło mnie to, że po chwili może 3-4 minutach wyprzedziła mnie grupa na 1:30 a moje tętno już po pierwszym kilometrze wynosiło 151-153 zamiast 145-148. To oznaczało w tym dniu wynik na mecie w okolicach 1:32:00 i jedną wielką porażkę. Nie powiem, że się załamałem ale było mi cholernie przykro, tyle przygotowań, tyle buńczucznych zapowiedzi na FB i obietnic złożonych w różnych miejscach i różnym ludziom i… koniec marzeń. Trudno biegnę dalej przecież nie poddam się już na 2 kilometrze.

Balonik peacemakera wyprzedził mnie ale po osiągnięciu 10-20 metrów przewagi ustabilizował tempo, no cóż spróbuję biec za nimi tylko cały czas to tętno było za wysokie oznaczało, że na 15 kilometrze wyzionę ducha.

Moim zdaniem na starcie mimo 18 C było bardzo gorąco, wilgotność okropna, obok nas unosiła się mgła. Gdy stawałem na starcie byłem cały spocony (bez rozgrzewki) a na 4 kilometrze moja koszulka była mokra. O godzinie 15.00 miałem stan podgorączkowy 37,1 C i bolały mnie zatoki nie wiem jak było w czasie biegu, bo o tym nie myślałem ale może moje odczucia wysokiej temperatury były efektem stanu zdrowia.

Biegnąc do 10 kilometra miałem wrażenie, że jest 23-25 C, wokół gorące ciała biegaczy podnosiły z pewnością temperaturę. Gdy ustawiałem się w środku fali biegaczy było okropnie gdy przesuwałem się na boki gdzie z jednej strony miałem biegaczy a z drugiej chodnik czułem chłodny wiatr tu było zdecydowanie zimniej ale musiałem omijać kałuże, na które trzeba było uważać.

Biegłem z butelką w ręce tak postanowiłem już przed startem. Wcześniej testowałem butelki 0,7 i 0,75 litra ale były za ciężkie więc zdecydowałem się na 0,5 litra do której przelałem izotonik i zmieniłem zakrętkę na dziubek z butelki 0,7 l. Zabranie własnego ekwipunku okazało się genialną decyzją, bo pierwszy punkt nawadniania był dopiero na 7 km a do tego czasu ja już nieco wypiłem ponieważ brałem łyka dokładnie co 1 kilometr to również było efektem wcześniejszych testów w czasie treningów i półmaratonu w Nowej Soli. Korzystałem z punktów odświeżania tj. wody na trasie ale piłem tylko jeden kubeczek, gdy złapałem drugi kubek wylewałem go na głowę.

Gdy po 10 km nie trafiłem kubkiem z wodą w głowę tylko rozlałem go na pierś nareszcie poczułem chłód. Potem już polewałem się tak aby bardziej zmoczyć koszulkę, która chłodziła bosko.

W okolicach 8 kilometra balonik uciekł mi na 40-50 metrów i byłem w niezłych opałach wiedziałem, że jeśli odpuszczę to będzie koniec, tętno wariowało na poziomie 155-158 musiałem za chwilę stanąć lub przynajmniej zwolnić ale biegło mi się całkiem dobrze więc zaryzykowałem.

Biegliśmy ul. Powstańców Śląskich obok Sky Towera po kostce brukowej. Przy samej drodze była asfaltowa ścieżka dla rowerów wskoczyłem na nią i na odcinku 200 metrów wyraźnie zmniejszyłem odległość do peacemakera. Ścieżka skończyła się i wróciłem na kostkę na 10 km byłem ramię w ramię obok mojego balonika. Wtedy przeszła mi pierwszy raz myśl, że może dam radę.

Dokładnie w tym momencie prowadzący grupę oznajmił: zaraz połowa za nami mamy lekki poślizg przyspieszamy i po chwili byli 20 metrów przede mną, autentycznie zakląłem bardzo siarczyście wiedząc, że nie mam szans utrzymać tempa. Spojrzałem na zegarek tętno 160 przecież tyle to ja miałem mieć na ostatnich 5 kilometrach a tu jeszcze 11 km !!!

Trzymałem się grupy, żel zamiast na 12 km łyknąłem na 11 km, bo opadałem z sił i traciłem wiarę ale po kilku minutach poczułem się lepiej 13 km i tętno dalej 160… nie rośnie, robi się zimno. Pomyślałem, że może jeszcze trochę wytrzymam.

Na 14 kilometrze chyba cukier z żelu „uderzył mi” do głowy, bo poczułem radość. Dzisiaj się nie poddam. Nawet na punkcie nawadniania chwyciłem dodatkowy kubek i pobiegłem do peacemekara, który nie pił i na tym punkcie znowu uciekł mi na 10-20 metrów w kilku krokach nadrobiłem stratę zaproponowałem mu wodę ale podziękował więc zakrzyknąłem kto ma ochotę i wręczyłem kubek z woda jakiejś dziewczynie byłem mocny… przez 200 metrów.

Po nich nasz prowadzący oznajmił mamy 16 sekund nadwyżki, coś wspomniał, że mu zegarek wariuje i że możemy minimalnie zwolnić. Szybka analiza sytuacji: czuje się świetnie mam 7 km do mety, tętno 160 i żyję no dobra to ja dziękuję za wspólny bieg i ruszam do przodu. 16 sekund zapasu to zbyt mało aby zwolnić. Oczywiście nie przyspieszyłem tylko utrzymałem tempo. Dostrzegłem, że 100-200 metrów przede mną jest następny balonik na 1:30 (na trasie były dwa). Gdybym go doszedł byłby rezultat bliski 1:29:00 ponieważ oni wcześniej wystartowali.

Taki miałem w tym momencie mały cel, nie rekord na mecie tylko dojść ten balonik ale wiedziałem, że nie mogę tego zrobić od razu, bo padnę to było zadanie na następne 2-3 kilometry. Zawsze mam z tyłu głowy słowa Justyny Kowalczyk, która po jednym z biegów opowiadała, że odrobienie straty 50 metrów do swojej norweskiej rywalki musiała rozłożyć na kilka minut aby potem nie dać się zgubić opadając z sił. Ona wtedy wygrała z Marit Bjoergen, nie chciałem być gorszy… .

Po 15 kilometrze znowu poczułem dystans jaki miałem już za sobą jeszcze 4 minuty i kolejna porcja żelu (druga połowa z tubki).

Dostrzegłem przed sobą kolegę Jarka. Biegliśmy razem rok temu we Wrocławiu do 10 kilometra. Potem Jarek osłabł i przybiegł kilka minut za mną ale chłopak zrobił ogromny postęp i w tym roku w Nowej Soli w biegu na 10 km „ograł” mnie po pięknym finiszu (tam zrobiłem rekord na 10 km 40:34). Teraz spotkaliśmy się na trasie wśród 10 000 biegaczy. Klepnąłem go w plecy i powiedziałem: dawaj Jarek jedziemy.

Nie miałem już swojej butelki więc na punkcie nawadniania chwyciłem kubek z wodą… pusty. Musiałem się zatrzymać chwycić kolejny i Jarek był 5 sekund przede mną ale już po chwili byłem obok niego to szarpniecie lekko mnie zatkało ale po chwili znowu było ok.

Po następnym kilometrze może dwóch zobaczyłem, że Jarek słabnie szkoda… ale ja miałem swój cel w głowie. Do mety pozostały 2-3 km wtedy pomyślałem nogi mam już do wymiany ale jest jeden sposób, którym utrzymam tempo – ręce. Cały czas myślałem tylko o jednym PRACA RĄK, PRACA RĄK, PRACA RĄK za nimi szły nogi. WYPRZEDZAŁEM na potęgę i cały czas stawiałem sobie małe cele: dogonić gościa w żółtej koszulce – udało się, dogonić tego w koszulce na ramiączkach – udało się, PRACA RĄK, teraz tego niskiego – zaliczony, RĘCE. 19 km lekko pod górę i na most. Czułem tylko jedno nie poddam się, nie będąc tak blisko.

Na ostatnim kilometrze przełączyłem zegarek na czas aby nie widzieć tętna, bo jeszcze dostałbym ataku serca widząc co wyprawiam. Nie miałem zbyt dużo sił ale trudno co robić jeszcze kilka minut jeszcze facet w różowej koszulce i RĘCE, PRACA RĄK o jest ten balonik 400 metrów przed metą wyprzedzam ten cholerny 2-gi balonik na 1:30 będzie rekord lecą mi łzy ale spokojnie panie Marcinie to jeszcze 300 metrów weź się w garść. UWAGA kałuże, tylko mi się nie przewróć – niemal gadałem do siebie, dwa zakręty mokry asfalt, nie przyspieszaj skurcz na ostatnich metrach przekreśli rekord. Idę na całość ale skracając asekuracyjnie krok i… META.

To co było dalej jest czymś czego nigdy nie przeżyłem.

MOŻECIE MIEĆ MNIE ZA DZIWAKA ale ja przez 9 lat marzyłem o złamaniu 1:30 a na zegarku miałem 1:29:31. Płakałem a może nawet ryczałem nie potrafiąc się tego powstrzymać. Dobra szczerze mówiąc to nawet nie chciałem tego powstrzymać tylko płakałem i jednocześnie śmiałem się z tego co właśnie robię i co zrobiłem. To był ogromny wyrzut emocji. Najpiękniejsze chwile w mojej biegowej „karierze”. Każdemu z Was życzę takiego stanu.

Pierwsze 10 km pokonałem w czasie 42:41, drugie 10 km to 42:30 dla mnie bomba tak właśnie miało być. 421 miejsce na 9 357 uczestników BYŁEM WŚRÓD NAJLEPSZYCH 5%. Średnie tętno 157 !!! i przeżyłem.

I jak napisał mi w komentarzu Janusz cojabiegam.pl:

Jest petarda. Teraz leż, odpoczywaj, regeneruj się i co najważniejsze z każdym oddechem napawaj się sukcesem. Wdech -> „jestem zaje…y”, wydech -> „jestem mistrzem”. Zasłużyłeś. ;-).”

Minęło 5 dni a ja ciągle oddycham:

Wdech… jestem zaje…y, wydech… jestem.

PS. …i jestem chory. Jest środa wieczór i mam dreszcze dlatego proszę o wyrozumiałość za mój chaotyczny styl powyżej.

Zapraszam do polubienia mojego PROFILU NA FB lub na GOOGLE+.

A tak było przed rokiem kiedy pobiegłem w czasie 1:31:02. 

Inne osoby czytały również:
  • Przede wszystkim ogromne gratulacje! Pięknie! Bardzo się cieszę, że tyle fajnych emocji wkradło się do tego biegu. Myślę też, że zwycięstwo okupione walką daje więcej radości. Wszak dobre przygotowanie to też walka, walka z lenistwem, walka z sumienną realizacją planu itp., ale walka na samym biegu dodaje smaczku. Takie same emocje przeżywałem na swoim maratońskim debiucie na Stadionie Narodowym, co za radość! Jeszcze raz gratulacje.

    • runnerski.pl

      Okazuje się, że prawdą jest iż dochodząc do granicy swoich możliwości doświadcza się ciekawych stanów emocjonalnych. Wiesz co Radek powiem Ci jedno WARTO BYŁO. Życzę podobnych wrażeń.

  • Malgorzata Wrzesinska

    Gratuluję Marcinie i pozdrawiam z życzeniami zdrowia 🙂

    • runnerski.pl

      🙂

  • Janusz Przytocki

    Jest petarda. Ale po co mam się powtarzać, sam przecież o tym wiesz ;-).

    • runnerski.pl

      🙂

  • Bookworm

    Gratuluję, jeszcze raz gratuluję 🙂 Kolejny świetny tekst. Siedzę właśnie i rozmyślam nad moją taktyką na sobotnią nocną połówkę w Rybniku, bardzo mi Twój tekst pomógł – m.in. w temacie wody. I tętna też, bo rok temu przebiegłem całość na średnim 174, potem Bytom na 170 może teraz się uda na niższym – albo po prostu nie będę na tętno zwracał uwagi, tylko na samopoczucie.

    • runnerski.pl

      Ja skłaniałbym się do tego aby raczej zaufać tętnu, ja bardzo cierpiałem po jednym z biegów i to bez wątpienia efekt tego, że pobiegłem na 102% a wytrzymałem to tylko dlatego, że biegałem w tym roku dużo biegów progowych.

      Po kilku startach masz fajne dane do tego aby znaleźć swoje właściwe parametry, o ile różne tempo może wynikać z Twojej różnej dyspozycji w zależności od treningów jakie wykonałeś to średnie tętno np. podczas półmaratonu jest dosyć podobne.

      Jeszcze jedno woda na tym dystansie to podstawa podobnie jak węglowodany a bardziej cukier, który gdy dostaje się do mózgu sprawia, że lepiej on pracuje i walczy zamiast wyłączać zasilanie w poszczególnych mięśniach. Natomiast zawsze obowiązuje pewna zasada pić czy jeść musisz zanim dopadnie Cię kryzys. Życzę powodzenia.

      • Adam Klimczak

        Najważniejsze jest dobre nawodnienie i odżywienie. Szczególnie w tropikalnych warunkach, jakie mieliśmy w ten weekend. Mnie prawie odcięło od zasilania na trasie Sudeckiej 100, ale słodka herbata (sachararoza ) mnie uratowała.

        • runnerski.pl

          Dokładnie ale powiedzmy sobie szczerze bieganie w temp. powyżej pewnej granicy (u każdego minimalnie innej np. 28 C czy 30 C to wariactwo (co nie znaczy, że sam tego nie robiłem).
          Pełna zgoda nawodnienie i odżywianie to rzecz kluczowa nawet przy „zwykłym” maratonie ale trzeba pamiętać, że tempo jakim operujemy sprawia, że w danych warunkach wyzbywamy się wody czy węglowodanów szybciej lub wolniej dlatego tylko zestawienie tempa (u mnie tętna), nawadniania i odżywiania jest kompletne. Postawienie tylko na jeden a nawet dwa elementy też może prowadzić do porażki.

  • Bookworm

    Właśnie dlatego tak pilnie Cię zawsze czytam, bo zwracasz uwagę na kluczowe informacje – tu jeszcze właśnie będzie kwestia wilgotności i temperatury, zawsze niestety „układ chłodzenia” dodaje swoje do tętna. Dzięki 🙂

    • runnerski.pl

      Czysta przyjemność.