Strach przed maratonem.

Czekałem na taki start od tygodni. Marzyłem o nim od miesięcy lub nawet lat a dzień przed decydującą niedzielą czułem tylko jedno: ogromny strach przed maratonem.

Wcześniej przebiegłem już 4 maratony, blisko 30 półmaratonów i chyba jeszcze więcej biegów na dystansach od 5 do 12 km ale w sobotę wieczorem byłem przerażony tym co spotka mnie kolejnego dnia rano. Dlaczego?

Bieg na 10 km, który zaliczyłem 5 listopada i potem kolejny 11 listopada doprowadził moje mięśnie do stanu ekstremalnego przetrenowania. Dodatkowo ponaciągałem sobie coś w tylnej części łydek (nie wiem czy przypadkiem nie był to Achilles). Gdy 13 listopada poszedłem pobiegać a właściwie potruchtać, wróciłem z bólem do domu już po 40 minutach i do końca dnia miałem problemy z chodzeniem. A za kolejne 6 dni miałem pobiec w Walencji maraton przez ponad 3 godziny. Mission impossible.

Próba generalna moich łydek na treningu przed wylotem 17 listopada po kolejnych dniach przerwy przekonała mnie, że już po 30 minutach problemy nadal nie ustąpiły. Co miałem robić?

Przede wszystkim nie biegać a pomiędzy niebieganiem mogłem co najwyżej przykładać lód, kąpać się w solance, pić sok z buraków, rolować mięśnie, leżeć z nogami do powyżej serca itd. Jednym słowem akcja: regeneracja.

Wyczerpująca podróż do Walencji po zafundowaniu nam bonusowych 2,5 godzin na lotnisku w Berlinie i 3 godzin nieruchomo w małym foteliku samolotowym dla osoby o moim wzroście to co najmniej dyskomfort.

W sobotę przed maratonem było beznadziejnie, mięśnie pulsowały i mówiły: nie damy rady. W nocy piątku na sobotę złapał mnie nawet lekki skurcz. Pewnie była to również wina tego, że w piątek przeszedłem chyba z 15 km zwiedzając Walencję. Jednak tego nie żałuję ponieważ pod każdym względem warto zobaczyć miasto o innej kulturze, architekturze i kuchni to ostatnie przede wszystkim. Mniam. Do tego tematu jeszcze wrócę.

Już w piątek, dwa dni przed startem odebrałem bardzo ciekawy pakiet startowy. Obejrzałem targi naprawdę duże. Byli na nich przedstawiciele maratonów z całej Europy zachęcający nas do odwiedzenia ich miast w roku 2017 do tego sprzęt biegowy ale nie miałem już siły. Byłem bardzo podekscytowany rozmachem i ogromną ilością… wszystkiego wokół. Do tego wzorową organizacją i pomocą wolontariuszy.

Jeden z zawodników miał akurat w tym dniu urodziny więc wolontariusze gdy zobaczyli przy zapisach jego datę urodzenia odśpiewali mu hiszpańskie sto lat. Złożyłem podpis na tablicy pamiątkowej.

Dobry humor cały czas psuły moje nogi. Przy nieco mniejszym kilometrażu, wychodzonym kolejnego dnia czyli w sobotę raczej nie odpoczęły. Zaliczyłem Pasta Party a właściwie Paella Party. Paella szczególnie ta w wersji Valenciana to ichniejsza potrawa regionalna.

a

Tutaj na trawie zapijana 2% piwem w ilości symbolicznej. Tak się bawiliśmy przez startem leżąc pod drzewkami pomarańczy i palmami w całkiem ciepłym słońcu.

b

Mimo tego wieczorem stresowałem się tak bardzo, że chyba dostałem nawet temperatury. Myśl o strategii na bieg następnego dnia doprowadzała mnie to podwyższonego bicia serca i to dosłownie. Tętno gdy położyłem się na łóżku wynosiło 60-62 gdy normalnie jest to przedział 45-50 uderzeń na minutę. Nigdy tak się nie bałem. Byłem przerażony.

Pytanie w mojej głowie było tylko jedno ile wytrzymają nogi 10 km a może nawet 15 km i co robić dalej? Iść kolejne 20-25 km do mety skoro po przebiegnięciu 8 kilometrów 13 listopada nawet chodzić nie mogłem.

aa

Jak dotrzeć do ostatnich 200 metrów przed metą gdzie spacerowałem dzień wcześniej.

Nie będę ściemniał głupio mi było także z powodu… co napiszę po takim starcie na mojej stronie. Dostałem sms-a od mojego niezawodnego przyjaciela Wojtka po tym jak przysłałem mu zdjęcie słonecznej Walencji:

„No widzę, że jest pięknie.  Odpoczywaj a start potraktuj jako bieg szybki, relaksująco regeneracyjny. Plan na ten rok już zrobiłeś i wszelkie cele już osiągnąłeś. Ten maraton jest wisienką na torcie. Jest to Twoja nagroda za cały sezon. Ma być miło i przyjemnie i na tym się skoncentruj. Baw się dobrze no i ciesz się chwilą z żoną.”

Wspaniały tekst motywujący i po przeczytaniu go jeszcze raz w niedzielę przed startem wiedziałem już jak pobiegnę. Jaką obiorę strategię i byłem pewny, że dam radę a nogi… poniosą ponieważ będę biegł mądrze. Tak się przynajmniej oszukiwałem. Ten sezon to trzykrotnie poprawianie życiówki na dystansie 10 km i raz na 21 km. Czyli złamanie mitycznych 40:00 minut na dychę i 1:30 na 21 km. Chyba rzeczywiście marzyć o czymś jeszcze to zbytnia chciwość. To jest mój najlepszy sezon, bez kontuzji i niech taki pozostanie.

Miałem zatem strategię na maraton: zacznę bardzo spokojnie i będę co 6:30 minut biegu pomagał moim nogom 30 sekundowym marszem. Jeśli pojawi się najmniejsza oznaka bólu przejdę na proporcję 4:30/0:30 lub nawet 4:00/1:00 ale będę biegł do końca w świetnym humorze to jest mój cel. Oprę bieg na tętnie jak najdłużej spróbuję biec w I zakresie.

Od miejsca zamieszkania do startu miałem 5-7 minut spokojnego marszu więc spokojnie przed ósmą poszedłem na miejsce walki (mieliśmy zacząć o 8:30). Ilość osób jakie szły z każdego kierunku na linie startu wzbudziły moje ogromne zdziwienie. Tysiące ludzi.

Wiedziałem od moich wspaniałych gospodarzy: kuzynki Agaty i Fernanda, że dzisiaj padnie rekord frekwencji ale ilu nas miało być nawet nie domyślałem się. Potem dowiedziałem się, że w maratonie miało nas wystartować ponad 16.000 tysięcy a na równoległym starcie obok nas miało stanąć 8.000 osób na dystansie 10 km. Do tego osoby towarzyszące i zrobiło się naprawdę ciasno i niesamowicie. Gorąca muzyka i idealna temperatura 15 C tylko pobiec po… rekord. Kusiło mnie jak cholera.

Gdzieś podświadomie liczyłem na poprawienie 3:25:08 choćby o sekundę ale najważniejsze było dobrze rozpocząć. No tak ale ja nawet nie dobiegnę. Jednak byłem gotowy, bidon z izotonikiem, żele, naładowany telefon 😉 i włączony zegarek.

Na numerach startowych mieliśmy flagi swoich krajów i było nas naprawdę dużo i do tego z różnych stron świata. Na starcie mieli się pojawić przedstawiciele 82 krajów! Taką informację znalazłem we wspaniałym kilkudziesięciostronicowym katalogu o biegu.

W swojej strefie startowej wylądowałem 10 minut przed decydującym wystrzałem. Zdążyłem pstryknąć kilka zdjęć i już byliśmy w ruchu poruszając się w stronę linii startu po 3 minutach rozpocząłem trucht i uruchomiłem zegarek. Zaczęło się.

15171065_624553451063315_9114042459086110657_n

Biegliśmy wspaniałym podwójnym mostem na zdjęciu lewa strona maratończycy a z prawej osoby mierzące się z 10 km, muzyka, kibice. Latający helikopter, kamery, dziennikarze i… myśl o tym czy dam radę.

Maraton w Walencji do wydarzenie ważne do tego stopnia, że transmisja tej imprezy była nawet w jednej z telewizji.

Zapraszam na kolejny wpis, w którym opowiem o samej walce na 42 km.