Samotność maratończyka.

Rok temu w Toruniu przebiegłem swój ostatni maraton ale tam frekwencja około 500 osobowa do tego ograniczona liczba kibiców wycisnęły w mojej pamięci obraz pt. samotność maratończyka. Tutaj w Walencji 24.000 uczestników biegów na 10 km i 42 km zapowiadało dokładnie odwrotny obraz prawdziwe morze ludzi, zawodników ale i kibiców.

Ruszyliśmy przez most.

maraton-w-walencji-niesamowity

Od razu zwariował mój pulsometr pokazujący, że biegnę w trzecim zakresie tętna. Tymczasem wiedziałem, że człapię bardzo spokojnie więc nie reagowałem. Po 2-3 minutach pokazał się prawdziwy odczyt. Moje tempo po 1 km wyniosło 5:15-5:20.

Nic nie zmieniałem z zamierzonego planu. Zaczynam bardzo, bardzo spokojnie i Galloweyem co 6:30 biegu schodzę na bok i maszeruję przez 30 sekund. Nikt obok mnie nie robił podobnych przerw na marsz choć na 25 km zobaczyłem, że komuś obok również zapikał zegarek. Osoba zaczęła maszerować więc może było nas dwóch. 😉

Wracając do mojego tempa po 5 km wynosiło ono 5:11 wiedziałem ostatecznie, że mogę zapomnieć o tempie 4:53-4:54 a więc takim jakie gwarantowałoby mi życiówkę. Ustabilizowałem tętno na okolice 135 uderzeń serca na minutę a więc koniec mojego 1 zakresu (79-80 Tmax) i spokojnie pokonywałem kolejne kilometry.

Na dziesiątym kilometrze byłem w doskonałym humorze ponieważ nie bolały mnie łydki sposób w jaki ostatnio dokuczały mi po treningach może więc będzie dobrze. Jednak dalej priorytetem była ostrożność, bo 10 km to nawet nie jedna czwarta tego co miałem przed sobą.

Wszystko zgodnie z wypracowaną w poprzednich startach i treningach strategią. Łyk izotoniku na każdym marszu a na 15, 19, 24, 28, 32, 35 i 38 km pochłaniałem po połowie żelu z każdej paczki jaką zabrałem ze sobą. Miałem ich 4 ale już na 6 km zorientowałem się, że jedną zgubiłem. Miałem zatem deficyt. Na szczęście ta sama firma w której produkty zaopatrzyłem się jeszcze w Polsce rozdawała żele więc z chęcią uzupełniłem zapas.

Normalnie na tętnie jakim pokonałem pierwsze 21 km powinienem biec w tempie 4:45-4:50 ale tutaj na 21 km było coś w okolicach 5:01 zero mocy w nogach. To akurat było do przewidzenia. Natomiast byłem pozytywnie zaskoczony czymś zupełnie innym. Zawsze, podkreślam ZAWSZE wraz z biegiem aby utrzymać dane tempo towarzyszy temu powolny wzrost tętna tzw. dryf.

Tutaj miałem zamiar w okolicach 10 km wejść w tzw. drugi zakres tymczasem przyspieszyłem bardzo delikatnie i cały czas byłem na tym samym tętnie. Nigdy mi się to nie zdarzyło tak mają bardzo dobrze wytrenowani biegacze potrafiący utrzymać idealnie równe tętno utrzymując tę samą prędkość ale gdzie mi do nich.

tetno

Pewnie zawdzięczałem to bardzo dobrej pogodzie od 5 km do 30-35 km cały czas było uczciwe 16 C oraz idealnemu jak na te warunki nawadnianiu. Momentami wiało ale wtedy próbowałem chować się za innymi biegaczami. Poza tym gdy wiało było uczucie 13-14 C. Na trasie dwukrotnie widziałem prowadzącą stawkę kilku zawodników biegnących w przeciwnym kierunku (oczywiście wszyscy o nieco ciemniejszej niż ja kolorze skóry). Rzadko zdarza się zobaczyć zwycięzców na żywo w tym samym biegu.

Od 5 km cały czas wyprzedzałem na 21 km miałem już swoje w nogach ale dalej głowa była w zdecydowanie lepszej kondycji niż nogi. Nawet po 21 km miałem wrażenie, że jest lepiej niż kilka kilometrów wcześniej. Wszystkie mięśnie miałem potwornie zmęczone niemniej nogi niosły mnie wzorowo nie traciłem prędkości. Wtedy zaświtała mi myśl a może dojdę do średniej prędkości 4:54 gwarantującej życiówkę.

W pewnym momencie średnia prędkość wyniosła 4:59. Powinien wejść w II zakres tętna i spokojnie zrobić najlepszy wynik w życiu ale nie mogłem przyspieszyć. Do 30 km bez trudu utrzymywałem średnie tempo 5:00 przy cały czas tym samym tętnie 138-140 ale nie mogłem zwiększyć tętna do 145-150 nie miałem siły w nogach ale też nie zwalniałem. Tylko płaciłem za wysiłek włożony w biegi na 10 km 5.11 i 11.11.

Biegłem, maszerowałem, piłem, dolewałem Izo do bidonu aby mieć zawsze około 0,4 litra, jadłem i znowu biegłem…

W końcu 30 km.

Obliczyłem w głowie, że skoro dalej mam średnie tempo 5:00 to na mecie będzie wynik 3:30:00. Nie miałem szans na rekord (3:25:08), bo musiałbym przebiec ostatnie 12 km w 55 minut czyli nieco więcej niż 4:30-4:35 na kilometr to było niemożliwe. Natomiast pocieszałem się, że mój mózg dokonujący takich obliczeń ma się całkiem nieźle. Po 30 kilometrze zaczęło pojawiać się słońce, po 35 świeciło nieprzerwanie. Wprawdzie temperatura na różnego rodzaju wskaźnikach, które w Walencji są na każdym skrzyżowaniu dalej wynosiła 16 C ale odczuwalna było już nie 12-13 C a 18-20 C i na pewno nie było to tylko moje osłabienie.

Miałem do podjęcia decyzję utrzymać tempo dające złamanie 3:30 lub odpuszczenie i spokojny bieg na 3:35 oczywiście chciałem pobiec 3:30 i pokazać Wam jak można pobiec pięknie maraton w klasycznym negative splicie przyspieszając na każdej kolejnej piątce bez… treningów maratońskich i długich wybiegań!!!

Uwierzyłem, że moje mięśnie jednak nie wiedzieć czemu dzisiaj wytrzymają ale… pojawił się… ból piszczeli najpierw w prawej nodze a potem lewej i odebrał mi w okolicach 30-33 km wolę jakiegokolwiek przyspieszania. Gdy utrzymywałem tempo było znośnie gdy przyspieszałem bolały bardzo mocno.

Mijałem kilka razy pomoc medyczną i zastanawiałem się na skorzystaniu z psiknięcia „zmarażaczem” na oba piszczele. Bałem się wspomnienia z maratonu z Wrocławia gdzie mój kolega, z którym biegłem na 28-30 km nabawił się złamania nogi niemal dokładnie w tym miejscu co moje. Stwierdziłem, że nie przyspieszam za nic w świecie i utrzymuje tempo. Jak będzie trzeba zwolnię ale bez żadnego znieczulenia. Chciałem kontrolować ból i w razie czego dojść do mety niż mieć lepszy wynik o 2-3 minuty i kontuzję na koniec sezonu.

Pozdrawiałem wszystkich wokół przybijałem piątki ale po 35 km opadałem z sił, temperatura i moja kondycja dała się we znaki może nawet walczyłbym z tym stanem pewnie jeszcze 23 km odwlekłbym stan spowolnienia ale piszczele nakazały mi rozsądek. Więc człapałem na początku wściekły, że teraz to ja jestem wyprzedzany.

Na 38-39 km miałem kolejny cel: świetnie się bawić, pozdrawiać ludzi, szczególnie bębniarzy usytuowanych wzdłuż trasy chyba co kilometr. Niesamowici ludzie gdy wróciłem po biegu do domu jeszcze z pobliskiego odcinka trasy przez 2 godziny słyszałem jak bez przerwy zagrzewają ostatnich zawodników.

Na 40 km kilometrze powitał nas DJ rewelacyjnie miksujący muzykę, na 41 km kuzynka Agatą i Fernandem wypatrzyli mnie w tłumie biegaczy. Potem szpaler kibiców jak na kolarskim Vuelta Espania i ostatni zbieg do Centrum Nauki i Sztuki. 200 metrów do mety straciłem co najmniej minutę na odpalenie telefonu, bo oślepiające słońce odbijało się w telefonie już nie walczyłem tylko chciałem utrwalić w pamięci i w telefonie te chwile.

300 metrów do mety.

Finisz.

Ostatnie metry po niebieskim pomoście dookoła woda i koniec…

maraton-walencja-meta

Od izotoników na mecie miałem nawet niebieski język. 😉

Nie ma medali wszyscy idą dalej ale narobiłem sobie zdjęć i poszedłem za nimi, 200 metrów dalej dostałem medal i całą reklamówkę jedzenia. Nogi w super stanie jak na 42 km bieg za to piszczele ograniczały przez ból moje chodzenie. Po 10 minutach dopadło mnie mega zmęczenie (adrenalina puściła) ale po kolejnych 10 odnaleźli mnie moi gospodarze i bez problemu dotarłem spacerkiem do domu. Tam pierwsze 3-4 godziny to całkowity zjazd energetyczny i ból każdego mięśnia w nogach oraz mięśni brzucha (wiadomo co mam najsłabsze). Wieczorem o 19.00 poczułem się wspaniale więc poszliśmy na piwo i hiszpańskie przekąski. Noc minęła ciężko ale kolejnego dnia niemal bez śladów bólu, minimalne zmęczenie.

Tak dobrze nie czułem się nawet po półmaratonie. Tylko piszczele wzbudzały moje obawy ale zwiedzałem cały dzień sklepy. 😉

We wtorek chciałem iść biegać czułem się lepiej niż przed maratonem, lekki ból piszczeli był już niemal niezauważalny i powrót do kraju. W samolocie odkryłem coś co wprawiło mnie w najwspanialszy nastrój od miesięcy MAM CEL. W katalogu z maratonu z Walencji odkryłem zaproszenie na pewną imprezę rok 2018 a co to jest o tym może następnym razem, do tego muszę Wam jeszcze napisać o Walencji mam setki zdjęć i smaków we wspomnieniach.

Od maratonu minęło 5 dni nie czuję absolutnie żadnego zmęczenia nosi mnie aby sobie pobiegać ale twarde reguły roztrenowania każą mi odpoczywać przynajmniej 7-10 dni. Dzisiaj pobiegłbym ten maraton o wiele szybciej co zamierzam udowodnić następnym razem wtedy będę wypoczęty i gotowy.

Dlaczego napisałem w tytule samotność maratończyka? Mam dziwne wrażenie, że nawet jeśli wokół są tysiące ludzi to walcząc o wynik pod koniec maratonu jesteśmy sami ze swoimi słabościami. W Walencji pobiegłem dla przyjemności i nie byłem sam.

Ten tekst jest kontynuacją cz. I. strach przed maratonem do lektury, której gorąco zapraszam.

Nocny (półmaratonie) Wrocławiu przepraszam Cię ale najpiękniejszym miejscem w jakim biegłem jest od teraz Valencia… Maraton w Walencji.
Inne osoby czytały również:

Rekordy, życiówki i taka tam moja codzienność.

2017-06-20 20:21:52
runnerski-pl

8

Wyniki konkursu „Z biegiem marzeń”

2017-06-17 16:20:12
runnerski-pl

8

Mała zabawa biegowa (MZB).

2017-06-14 18:57:52
runnerski-pl

8

Konkurs – Z biegiem marzeń.

2017-06-11 19:56:33
runnerski-pl

8

Metoda Jeffa Gallowaya.

2017-06-09 14:33:15
runnerski-pl

8

Metoda Jeffa Gallowaya strategia biegu.

2017-06-09 12:42:03
runnerski-pl

8

Warto mieć zasady.

2017-06-06 15:21:37
runnerski-pl

8

Przepis na sukces.

2017-05-30 17:56:05
runnerski-pl

8