Relacja z 33 MARATONU WROCŁAWSKIEGO, sukces mnie rozleniwia porażka motywuje.

Samoocena: dobry minus

Chciałem tym biegiem pokazać Wam, że można biegać maratony poniżej 3:30:00 bez tygodniowego kilometrażu w okolicach 50 km, 60 km lub więcej kilometrów. Chciałem pokazać, że aby uzyskać ten czas nie trzeba robić 30 km wybiegań aby uniknąć tzw. ściany.

Ten tekst jest jednak relacją z biegu a to w jakim procencie udało mi się potwierdzić stawiane powyżej tezy pozostawiam Waszej ocenie.

Uzyskany czas 3:36:19 budzi moją sportową złość czuję się jak po tegorocznym półmaratonie w Nowej Soli kiedy uzyskałem rezultat 1:37:02 przy niemal identycznej pogodzie jak podczas wczorajszego maratonu a liczyłem wtedy na złamanie 1:32:00. Wówczas byłem tak wściekły na siebie i pogodę, że 3 tygodnie później pobiegłem w lepszych warunkach 6 minut szybciej.

Teraz jestem zadowolony i znowu… wściekły.

Przed startem we Wrocławiu długo myślałem o strategii na te zawody (nawet zdecydowanie za długo). Ostatecznie uwzględniając prognozy pogody uznałem, że walka o wynik 3:20 byłaby wariactwem niemożliwym do zrealizowania dlatego pobiegnę metodą Gallowaya przeplatając bieg marszem miało być 4:20 minut biegu i 40 sekund marszu i tak od początku maratonu do 32 km gdzie chciałem porzucić tę metodę i kontynuować bieg ciągły ale…

Jak zawsze jest u mnie „ale” przed biegiem spotkałem kolegę z Zielonej Góry. Nigdy razem nie biegaliśmy on chciał poprawić swój rekord 3:28 czas był moim zdaniem idealny i realny także dla mnie dlatego porzuciłem marszobieg i Gallowaya na rzecz wspomagania kolegi w trudach maratońskich. Błąd?

Ruszyliśmy ustawiając się pomiędzy peacemakerami na 3:45 a 3:30 kilkukrotnie umawiając się, że zaczynamy ostrożnie i wolno. W tym biegu tempo dyktował kolega, zdałem się na jego większe niż moje maratońskie doświadczenie. Zaczęliśmy spokojnie.

Według mojego planu miałem każdy z pierwszych 10 km biec na średnim tętnie w zakresie 136-139 tymczasem było odpowiednio: 133, 139, 141, 142, 141, 142, 145, 142, 142, 144.

Założenia zostały tu spełnione tylko na pierwszych 2 km!!! Starałem się powstrzymywać kolegę przed przyspieszaniem ale przez to minimalnie szarpaliśmy średnie prędkości na kilometr wynosiły od 4:44 do 4:57 średnio biegliśmy w tempie 4:50 czyli na wynik 3:23-24 na mecie. Za szybko zarówno dla mnie jak i dla jego rekordu (3:28:00). Wiedziałem, że z każdym kilometrem będzie cieplej i trudniej, tak rzeczywiście było… ale decyzja o kontynuowaniu biegu w tym tempie była również jak najbardziej moja. Pomyślałem „może się uda”.

Od 11 do 20 km było podobnie, chciałem tu biec na średnim tętnie 140-144 tymczasem było: 144, 143, 144, 142, 142, 144, 146, 147, 148, 148.

Swoje plany spełniłem tylko na kilometrach 11-16! Potem znowu było za szybko i wyżej niż założenia. Czasy na poszczególnych kilometrach wyglądały następująco od 4:42 do 5:03. Dalej średnia naszego biegu była na poziomie 4:51. Wyprzedziliśmy wszystkie baloniki czyli grupy biegnące na 3:30 i biorąc pod uwagę, że startowali oni przed nami czas 3:25-26 był realny. Półmetek w czasie 1:43 był nie był najgorszy choć… za szybki.

Na trasie jadłem i piłem. Widziałem, że często mam problemy z utratą wody dlatego zabrałem ze sobą bidon 0,7 litra i piłem co 1 km 1 łyk wody. Na punktach odświeżania ładowałem w siebie dodatkowy łyczek i uzupełniałem bidon ale tak aby był w połowie pełny żeby nie nosić na pasie choćby dodatkowego 0,5 kilograma.

Zastanawiałem się kiedy otworzyć pierwszy żel, przed biegiem założyłem sobie, że powinien to być 15 km żel był dosyć duży dlatego chciałem spożywać go po połowie, druga połowa miała być użyta na 20 km. Potem odpowiednio miały to być 25 i 30 km a trzeci miał pomóc na 34 i 38 km. Kolega doradził, że czekamy na 20 km, wcześniej poczęstował mnie 3 żelkami łyknąłem bez obaw, bo mój żołądek jest raczej odporny na wszystko. Od 20 km przyjmowałem pół żelu co 4-5 km. Zostało mi pół paczki na 38 km wtedy podzieliłem się z innym wyprzedzanym kolegą z drużyny Brubeck Teamu. Po biegu (poniżej) razem wspominaliśmy nasz bieg.

Wróćmy na trasę. Pomiędzy 22 a 24 km miałem kryzys był to długi odcinek prostej ulicą Legnicką, niby wszystko było ok ale zacząłem się bać, że słabnę po 24 km wrócił dobry humor na 25 km zacząłem znowu żartować. Raczej na pewno wspomniany żel należało wziąć na 18 km i obyłoby się bez problemów.

Od 21 do 30 km moje tętno miało być na poziomie 145-149 a było odpowiednio: 147, 149, 148, 149, 147, 147, 151, 148, 146, 150. No prawie dobrze ale co zostało źle zrobione wcześniej miało „zaowocować” później.

Od 21 km do 27 km mieliśmy tempo od 4:49 do 4:59. Tu skończyło się Nasze bieganie. Na 26 km mój kolega zaczął wyglądać na zmęczonego robiło się cieplej, gdybym wtedy miał go oceniać wizualnie powiedziałbym, że nie da rady do końca biegu w tym tempie. On chciał mimo wszystko próbować ja przystałem na propozycję licząc, że może ma podobny kryzys jak ja chwilę wcześniej.

Na 28 km naszą decyzją było lekko zwolnić, bo koledze zaczęły doskwierać piszczele 28 km to czas 5:12, 29 km 5:22 i kontuzja kolegi wcześniej złamany piszczel odezwał się u niego potężnym bólem po kilku minutach stwierdził, że dobiegnie choćby na złamanej nodze (nie pochwalam tego wariactwa ale podziwiam takich ludzi, boję się że zrobiłbym podobnie). Pobiegłem do przodu w tempie 5:06.

Wtedy czułem się bardzo dobrze średnie tempo spadło do 4:53-54 ale dalej warto było biec na wynik 3:30:00. Mam wyrzuty sumienia, że zostawiłem kolegę ale taka była między nami umowa przed biegiem, biegniemy razem dopóki damy radę, po biegu kolega stwierdził, że absolutnie wszystko poszło zgodnie z naszą umową i wspólnie umówiliśmy się na rewanż przy innej okazji (nie powiedziałem mu tego ale wtedy to ja będę prowadził. 😉

Przed 30 km zostałem sam. Kilometry 31-33 na tętnie 153, 154, 153 i tempie 5:00, 5:01, 5:05 i… po nich wrażenie, że za chwilę to nastąpi… pojawią się skurcze. Pozostało zwolnić wyprzedzały mnie wtedy baloniki na 3:30 ale jeszcze tliła się szansa pod warunkiem, że nic nie chwyci, samopoczucie było bardzo dobre, zero ścian, słabej motywacji kłopotów psychicznych. Owszem byłem zmęczony ale swoją starą zasadą siadałem na ogonie równo biegającym maratończykom i jechałem tak od punktu odświeżania do punkty z wodą. 34 km tętno 151 prędkość 5:10 i dalej… koniec złudzeń.

Gdy tylko chciałem biec szybciej na co miałem ochotę i siły… skurcze w nogach. Nie chwyciły jednak ani razu do końca, tak na 100% (wtedy można się nawet przewrócić) ale wiedziałem, że więcej nic nie zrobię trzeba po prostu ukończyć bieg nawet nie spoglądając na upływające minuty, bo to dodatkowo pognębiłoby moją psychikę.

Miałem wrażenie, że z wykrzywioną w grymasie twarzą biegnę a właściwie kuśtykam w tempie 7:00 na km ale było lepiej od 35 do 40 km były czasy 5:38, 5:34, 5:31, 5:37, 5:37, 5:48 tętno zamiast 150-154 było: 150, 146, 148, 146, 144 miałem siły miałem dalej ochotę na szybki bieg. Tętno spadało a ja nie mogłem biec szybciej.

Próbowałem jak radzi Daniels przyspieszyć aby pokonać kryzys ale próby pokonania skurczów kończyły się tym, że musiałem 3 razy iść około 20 metrów aby nie chwyciły mnie na maksa co skończyłoby się zatrzymaniem nawet na kilka minut. Dalej… walka już nie o wynik ale ze sobą aby sprawdzić jak daleko mogę rozciągnąć moje możliwości.

Na 40 km zwyzywałem soczystym zdaniem Królową za dodatkowe 2 km „Boże chroń Królową” czyli 42,195 km to nie wina Greków), które dołożyła mi w prezencie, tego jednak nie zacytuję.

Miałem dość ale tylko z powodu nóg organizm chciał biec a tymczasem 41 km – 6:09, 42 km – 6:25 na tętnie 142, 140 zamiast planowanego 155+. Znowu miałem chęci i siły na „sprint” w tempie poniżej 5:00 ale już tylko pocieszałem tych którzy szli do mety a ja toczyłem się na sztywnych nogach. Kilometr przed metą wypadł mi z ręki bidon. Nie mogłem go podnieść przez sztywne nogi poprosiłem panią siedzącą na trawie (pomogła), tracąc kilkadziesiąt sekund. W końcu meta i wynik 3:36:19.

Średnie tętno 146 zamiast 144 ale tak naprawdę gdyby nie skurcze i zwolnienie na ostatnich kilometrach byłoby 148 a więc zdecydowanie więcej niż zakładał mój plan, znowu to napisze dla mnie moje możliwości po tylu latach biegania to matematyka. Przy dojeździe do startu było ogłoszenie wrocławskiej uczelni z hasłem.

Szczęścia nie ma jest tylko MATEMATYKA.

Nie chcę narzekać na pogodę, dla mnie subiektywnie było za ciepło. Błędy zrobiłem tylko ja, zdecydowałem się zaryzykować na pierwszych 20 km ponad swoje założenia do tego piłem mimo obranej strategii łyka co km to było za mało, gdyby było zimniej może byłoby idealnie tu nie wystarczyło. Moim zdaniem skurcze to efekt początkowego tętna (tj. tempa) i lekkiego odwodnienia. Po biegu do końca dnia zjadłem 2 obiady, podwójnego hamburgera z frytkami, 2 kolacje wypiłem ponad 2,5 litra wody, piwo a wieczorem na wadze było 81,5 kg zamiast normalnego zawsze wyniku 83 kg.

Dodatkowo myślę, że za szybko biegałem w 2 tygodniach poprzedzających maraton wprawdzie zredukowałem dystans do 70% ale wszystkie treningi były w tempie maratoński a nawet minimalnie szybsze (chciałem powielić plan do półmaratonu). To było niepotrzebne i to kolejny mój błąd powodujący skurcze ale ponieważ staram się nie robić dwa razy tego samego błędu w przyszłości zrobię to inaczej.

Natomiast cieszę się, że pojęcie ściany pozostawiłem dla tych, którzy chcą się jej bać dla mnie jej nie ma. Dalej twierdzę, że jej przyczyny są jasne i odsyłam do wpisu Mityczna ściana w maratonie podejście racjonalne i świadome. Częściowo pokazałem, że trenując poniżej 35-40 km tygodniowo można biegać szybko i co najważniejsze stosunkowo bezpiecznie maratony.

Kolega? No cóż dzisiaj będzie miał prześwietlenie i wtedy pozna diagnozę trzymam kciuki za jak najlepsze wyniki. On biega ponad 50 km tygodniowo piszczel to zapewne sprawa przeciążeniowa robił 30 km wybieganie przed tym biegiem ja najdłuższy miałem bieg 1:59:59 na którym pokonałem dystans 21,6 km.

Jestem zadowolony i wściekły, dalej nie lubię maratonów ale kiedy biegniemy następny… może w tym roku? 24 h po maratonie czuję się świetnie zmęczenie mięśni owszem jest duże szczególnie gdy siedzę bez ruchu godzinę. Organizm ma się zadziwiająco dobrze, zmęczenie „żadne” pewnie wieczorem padnę na razie myślę kiedy pójść na trening. Oczywiście dziś się nie wybieram w teren ale jutro jakiś slow jogging?

Uwagi: trasa we Wrocławiu jest bardzo fajna i super szybka suma podbiegów około 50 metrów to jak na tak długi dystans prawie nic między 8 – 18 km jest kilka wiaduktów daję się to odczuć w nogach ale bez przesady podbieg podobno straszny przy stadionie piłkarskim był ostry ale króciutki. Bardzo długie kilkukilometrowe proste ale przy takiej ilości biegaczy nie widać ich w całości (chyba, że takie żyrafy jak ja widzą z góry więcej). Polecam ten maraton pod każdym względem.

Przyczepię się do dwóch rzeczy: dzień przed maratonem aby odebrać pakiet startowy udałem się samochodem do biura zawodów, na parkingu (jedynym w pobliżu) pan ochroniarz kasował 5 zł (bez rachunku brał 3 lub 2 zł) organizator mógł sobie to odpuścić i druga uwaga to już chyba do miasta, na telebimach we Wrocławiu pokazywały się informacje już w sobotę, że ulice będą zamknięte od 8.00 czyli godzinę przed biegiem tymczasem już o 7:30 były nieprzejezdne. Podobno tak samo było na półmaratonie to nie jest fair. Dobrze, że znam to miasto i poradziłem sobie ale nie każdy miał tyle szczęścia.

Dziękuję Wam za dobre słowa po maratonie, dzięki nim mięśnie bolą mniej a satysfakcja rośnie i moja wściekłość na siebie maleje.

Znowu niesamowitą przyjemnością było wystartować w drużynie naszego sponsora firmy Brubeck stworzyliśmy fajny Team ubrali nas w gustowne i przyciągające słońce koszulki oraz spodenki. Moim zdaniem najlepszej jakości jakie miałem na sobie (nie kazali mi tego pisać). Piszę szczerze podobało mi się, że nasz opiekun porozmawiał z każdym kto miał na to ochotę przed i po biegu lubię takich ludzi i dla mnie start we Wrocławiu będzie w pamięci na zawsze a gdyby nie konkurs i Oni nie byłoby mnie tam dlatego dziękuje.

Inne osoby czytały również:

Rekordy, życiówki i taka tam moja codzienność.

2017-06-20 20:21:52
runnerski-pl

8

Wyniki konkursu „Z biegiem marzeń”

2017-06-17 16:20:12
runnerski-pl

8

Mała zabawa biegowa (MZB).

2017-06-14 18:57:52
runnerski-pl

8

Konkurs – Z biegiem marzeń.

2017-06-11 19:56:33
runnerski-pl

8

Metoda Jeffa Gallowaya.

2017-06-09 14:33:15
runnerski-pl

8

Metoda Jeffa Gallowaya strategia biegu.

2017-06-09 12:42:03
runnerski-pl

8

Warto mieć zasady.

2017-06-06 15:21:37
runnerski-pl

8

Przepis na sukces.

2017-05-30 17:56:05
runnerski-pl

8

  • Malgorzata Wrzesinska

    Gratuluję Ci ukończonego maratonu a człowiek całe życie się uczy na błędach i wyciąga wnioski. Będzie już tylko lepiej 🙂

  • runnerski.pl

    Mnie te błędy naprawdę bardzo nakręcają najchętniej jeszcze dzisiaj pobiegłbym następny maraton aby pokazać sobie, że potrafię.

  • Pingback: Samotność maratończyka. - Bieganie dla każdego()