„Parszywe” życie po życiówce.

Początkowo była euforia granicząca z samozadowoleniem, nawet nie tylko „samo” ponieważ ilość gratulacji jakie otrzymałem przeszła nie tylko moje oczekiwania ale wszystkie inne dotychczasowe pseudo sukcesy. Miłe słowa pojawiające się u niektórych napotykanych przeze mnie osób wyprzedzały nawet samo powitanie. Natomiast nic nie trwa wiecznie szybko trzeba zacząć trzeźwo stąpać po ziemi, marzenie zostało spełnione, pękła granica 1:30:00 ale… jutro czeka.

Myślę co dalej i… nie wiem tzn. mam zaplanowane roztrenowanie, dalsze treningi natomiast po co je robić, w jakim celu, co planować na jesień tutaj zero pomysłów a nawet gorzej „minus 10 w Rio” jak śpiewał przed laty Lady Pank. Poprosiłem Was o pomoc na FB i zupełnie poważnie potraktowałem podsuwane mi pomysły. Zdziwiłem się, bo myślałem, że Wasze propozycje zdominuje słowo „maraton” ale na szczęście tak nie było.

Chciałem zmienić baner na wspomnianym portalu społecznościowym, bo wskazywany tam przez mnie cel w postaci wyniku 1:29:59 lekko się zdezaktualizował ale nie mam pomysłu czym go zastąpić. Nie do końca wierzę, czy mógłbym kiedyś pobiec jeszcze dużo szybciej, bo wiem ile pracy włożyłem w ten progres. Z drugiej strony bieganie bez wyznaczonego celu znudzi mi się bardzo szybko lub wyraźnie obniży moje wyniki. Nie mam ambicji trenować 5 razy w tygodniu robiąc 60-80 kilometrów więc co dalej… .

Mam za to coś jeszcze poza swoim bieganiem. Czuję ogromną satysfakcję z moich małych sukcesów trenerskich ale o tym dotąd prawie nie pisałem. Obecnie bardzo mocno się na nich koncentruję i czekam na jesienne starty kilku osób. Natomiast to zajęcie mimo, że samo w sobie daje mi jeszcze większą satysfakcję niż moje bieganie nie da się ukryć nie jest… moim bieganiem i jego mi nie zastąpi.

Wiem też, że pomysł na siebie przyjdzie sam, nic na siłę na razie warto zadbać o fizyczność. Pierwsze hasło z tym związane to – odpoczynek. Od razu po Wrocławiu założyłem sobie okres 3 tygodniowego roztrenowania. Pierwsze 8 dni (bez biegania) potem 6 treningów co drugi dzień (2 tygodnie) na bardzo ale to bardzo wolnych obrotach. Łącznikiem pomiędzy niebieganiem a kolejnymi treningami w tempie „truchtacza” miała być „Parszywa 12” przebiegnięta treningowo, zdecydowanie poniżej możliwości, rzekłbym turystycznie. I prawie tak było.

Biegać i mieszkać w Zielonej Górze do tego być zdrowym i nie pojawić się w ostatnią niedzielę czerwca na 12 kilometrowym Crossie po wspaniałych pod zielonogórskich leśnych wzgórzach choćby w roli kibica byłoby ciężkim grzechem a ponieważ moje serce i nogi nie wytrzymałyby roli kibica musiałem… .

Podobnie jak przed rokiem założyłem sobie, że pobiegnę ten dystans z innym biegaczem, może nawet pomogę mu na trasie i ku swojej radości spotkałem bardzo dużo potencjalnych towarzyszy. Z nieukrywaną satysfakcją pobiegłem z Maćkiem, któremu zależało na złamaniu 1 godziny a na mnie wyzwania działają jak czerwona płachta na byka.

 

 

Początkowo byłem tak odzwyczajony od biegania, że do 6 kilometra nie odezwałem się do Maćka słowem cały czas biegnąc z myślą jak mi się potwornie nie chce dzisiaj biegać, mimo w miarę komfortowego tempa. Potem złapałem bakcyla i „poprzeszkadzałem” nieco Maćkowi pojedynczymi uwagami. Gdy usłyszałem jego oddech na ostatnich 3 km wiedziałem, że łatwo to on mieć nie będzie tym bardziej, że ostatni kilometr to niezła góra podbieg o prawie 50 metrowym przewyższeniu.

Motywowałem go słowem i pchałem niewidzialną ręką. Nie wiem czy zadziałało, bo nie odzywał się ale skoro nie zwalniał to 8 sekund na mecie zapasu do 60 minut uważam za udaną robotę i jego super start. Tylko, że u mnie zawsze musi być jakieś ale…

 

Na zdjęciach nie widać trudów tej trasy przynajmniej w połowie było wąsko i z wystającymi przeszkodami.

Na zdjęciach nie widać trudów tej trasy przynajmniej w połowie było wąsko i z wystającymi przeszkodami.

 

W czasie biegu lekko pobolewała mnie łydka do tego potknąłem się na zbiegu na szczęście nie upadłem. Zamiast na trasie skupiłem się na moment na koledze żeby poobserwować prace jego rąk i chwila dekoncentracji na miejscami trudnej technicznie trasie mogła doprowadzić do groźnego upadku. Już w samochodzie w drodze powrotnej mój kręgosłup żałował tego potknięcia i samego startu boląc bardzo mocno. Łydka po 2-3 godzinach wprowadziła mnie niemal w panikę, bo prawie nie mogłem stawać na nodze. 20 minutowy okład z lodu przyniósł ulgę a wieczorem o dziwo przestała boleć zupełnie.

Piszę o tym wszystkim trochę ku przestrodze abyście uważali z bieganiem po przerwie nawet jeśli w założeniu ma to być wolniejsze bieganie a w lesie zawsze zachowywali maksimum koncentracji, bo wraz upływem dystansu nogi podnosimy coraz niżej a korzenie nie przestają wtedy wystawać z ziemi.

Patrząc po wynikach moich kolegów gdybym pobiegł na maksimum powinienem łamać na tej trasie 52 minuty i mimo, że biegłem 8 minut wolniej mój organizm oderwany od 8 dniowego leżenia na kanapie poczuł ten eksperyment bardzo mocno i niekorzystnie.

Był jednak na trasie jeszcze jeden tym razem jakże miły incydent mający swój ciąg dalszy na mecie. W okolicach 8 kilometra wyprzedził mnie jeden biegacz ze słowami: dawaj, dawaj tak fajnie równo prowadzisz. Odpowiedziałem, że dzisiaj biegnę z kolegą i raczej nie będę dalej podkręcał tempa, nie chciałem bowiem zgubić Maćka choć wtedy już niosło mnie w myślach do przodu. Po chwili ten biegacz zagadnął czy to aby nie ja jestem ten runnerski, którego bloga czyta regularnie. Potwierdziłem i umówiliśmy się szybko na rozmowę na mecie.

 

 

To było dla mnie niemałe zaskoczenie, bo do tej pory chyba nikt mnie nie poznał w czasie biegu trochę nie wiedziałem jak się zachować. Na mecie ów biegacz okazał się p. Grzegorzem i teraz uważajcie ma 66 lat (wyglądał o wiele młodziej). Opowiedział mi, że w tym roku planował przebiec półmaraton w 1:38 ale ta sztuka nie udała mu się w Grodzisku i pobiegł „TYLKO” 1:41. Moim zdaniem powinien z czystym sumieniem zwalić winę na pogodę, bo tego dnia nie była idealna.

Niesamowity biegacz, chciałbym w tym wieku biegać tak szybko ale co tam szybko – on biegł bardzo dobrze technicznie i dał radę pokonać ten trudny podbieg, o którym wspominałem powyżej. Wszystko widać na zdjęciu. Gratulacje za kawał dobrej walki.

Myślałem tylko, że spalę się ze wstydu kiedy okazało się, że kiedyś napisał do mnie maila a ja mu nie odpisałem. Prawda jest taka, że przez jakiś czas nie działała na mojej stronie poczta umożliwiająca wysyłanie maili bezpośrednio ze strony. Dowiedziałem się o tym po fakcie i od razu zlikwidowałem tę funkcję aby nie powtórzyć błędu. Natomiast nie odpisując na maile mimo, że tak naprawdę nie dostałem ich – już tylko w swoich oczach wyszedłem na… buraka, a co dopiero mają o mnie powiedzieć Ci, którzy pisali do mnie i czekali na odpowiedź. PRZEPRASZAM.

Czerwieniąc się ze wstydu pozdrawiam z Zielonej Góry.

JEŚLI KORZYSTALIŚCIE Z TEJ POCZTY, JESZCZE RAZ PRZEPRASZAM.

PROSZĘ O PONOWNY KONTAKT ZAWSZE ODPISUJĘ NA KAŻDY LIST marcinrosak@wp.pl

A tak wyglądała moja Parszywa 12 prze rokiem Czy wolno biegać wolno i wkurzać tym innych ludzi.

Ps. Oceniając ten start tylko po liczbach muszę przyznać, że nastroił mnie bardzo pozytywnie ponieważ w zeszłym roku po identycznej przerwie po półmaratonie we Wrocławiu, przy takiej samej pogodzie przebiegłem tę trasę blisko 4 minuty wolniej na tym samym tętnie. Kolejne potwierdzenie, że w tym roku jest moc… jest petarda.

 

Inne osoby czytały również:

Trening i życie po maratonie, półmaratonie.

2015-09-16 14:31:08
runnerski-pl

18

Rekordy, życiówki i taka tam moja codzienność.

2017-06-20 20:21:52
runnerski-pl

8

Wyniki konkursu „Z biegiem marzeń”

2017-06-17 16:20:12
runnerski-pl

8

Mała zabawa biegowa (MZB).

2017-06-14 18:57:52
runnerski-pl

8

Konkurs – Z biegiem marzeń.

2017-06-11 19:56:33
runnerski-pl

8

Metoda Jeffa Gallowaya.

2017-06-09 14:33:15
runnerski-pl

8

Metoda Jeffa Gallowaya strategia biegu.

2017-06-09 12:42:03
runnerski-pl

8

Warto mieć zasady.

2017-06-06 15:21:37
runnerski-pl

8