Marzenia się nie spełniają, marzenia należy samemu spełniać.

 

(tekst mojego kolegi Artura z Torunia)

 

Decyzję o starcie w 33 maratonie toruńskim podjąłem po jedynym półmaratonie, jaki w życiu przebiegłem 26 lipca. Skoro na pagórkowatej trasie i przy silnym wietrze uzyskałem 1.30.52, to może warto spróbować swoich sił na królewskim dystansie? Jeżeli mi się nie powiedzie (jakaś kontuzja, ciężki kryzys), to najwyżej zejdę z trasy, przecież daleko do domu nie mam (z linii mety to raptem 10 minut spaceru).

Gwałtownie poszukiwałem informacji na temat przygotowań do takiego startu. Nie chodziło mi o kilometraż jaki miałem tygodniowo pokonywać, czy rodzaj treningu jaki powinienem wykonywać, ale bardziej o sposób odżywiania, nawadniania, przed i w trakcie biegu, a najbardziej o taktykę biegu i planowane tempo na danym odcinku pokonywanej trasy. Tak trafiłem m. in. na blog Marcina. Owszem przeglądałem również blogi innych autorów, ale do mnie trafiają artykuły osób, które jak ja są amatorami, biegają na podobnym poziomie i piszą przystępnym językiem. Jak widziałem 2km+5x4min(4’30/km) p3’30+2km, a najlepiej plus OBW1, P, F itp. oraz szereg objaśnień, przypominało mi to algebrę ze szkoły.

Znany i lubiany przeze mnie komentator bokserski Pan A. Kostyra stwierdziłby, że „To nudne jak matematyka w liceum” – nie miałem nigdy problemów z tą dziedziną nauki, ale stwierdziłem, że to nie jest konieczne, a na pewno nie na tym poziomie wtajemniczenia :). Surfując po internecie zetknąłem się też z metodą Danielsa… Jacka Danielsa. Lubię whisky, ale to chyba o innego Danielsa chodziło więc nie przypadła mi do gustu.

Dlaczego nie interesował mnie kilometraż? Otóż w weekendy ubieram się w strój boiskowego rozjemcy, biorę gwizdek, kartki i krzywdzę wschodzące gwiazdy piłki nożnej w 8 lidze (mistrzów?) i ligach podobnych, pokonując przy tym od kilkunastu do 30-35km (średnio 3-5 spotkań na przestrzeni dwóch dni). W dystans ten wliczam również marsz. Piłka nożna to zazwyczaj marsz + sprint – a w takiej sytuacji bardzo łatwo o kontuzje. Do tego rozgrzewka przed meczem naraża sędziów na lekką szyderę ze strony miejscowych kibiców :). Po takiej dawce przychodził jeszcze mecz do rozegrania w małej lidze dużych chłopców na orliku wraz z przyjaciółmi. Uwierzcie, po czymś takim już się nie chce biegać. Do tego bardzo gorące lato więc cytując klasyka: „niedziela, godzina 17 …”

https://www.youtube.com/watch?v=AmmPKDHWKgM

We wtorek przychodził czas na trening ogólnorozwojowy w nowej toruńskiej klimatyzowanej hali, który prowadził kolega o imieniu Damian (32.41 na dyszkę 🙂 ). Chodziło o to, aby poznać miejscowych biegaczy i wykonywać ćwiczenia, do których z pewnością bym się nie zmusił samemu.

Czwartek 19.00 to trening ze sklepem biegowym, ale już w otwartym terenie. Jak wiadomo pałam miłością do polskiej piłki, a często jest to miłość trudna, szczególnie do piłki klubowej. Ale mam już po prostu tak, że wolę obejrzeć starcie decydujące o awansie do dalszej rundy El. LM czy LE niż 25 raz w ciągu kilku lat hiszpańskie wielkie derby.

Hala była dostępna jedynie w wakacje, a we wrześniu już szybciej zapadał zmrok stąd i na czwartkowe treningi przestałem przychodzić, bo to oznaczałoby bieganie po utwardzonej nawierzchni, w najlepszym przypadku po bieżni dookoła. Szkoda, bo zarówno na halę, jak i do sklepu mam 10’ spokojnym truchtem.

Zdecydowałem się biegać bezpośrednio po pracy 12km w pobliskim lesie 2 razy w tygodniu po szutrowej drodze w tempie ok. 4.30-4.40/km, początek wolniej, końcówka szybciej, ale to naturalne bo na „Barbarkę” jest lekko pod górkę a z powrotem z górki. I to wszystko – czasami zamiast treningu był start w zawodach na 10 lub 5 km. Stwierdziłem, że mimo krótkiego stażu biegowego (od marca) warto bez obaw stanąć na starcie październikowego maratonu. Oczywiście ograniczyłem prawie do zera alko, ograniczyłem kawę (nie wiem czy to mit czy prawda, że wypłukuje Mg, ale nie miałem zamiaru tego sprawdzać na własnej skórze), suplementowałem magnez, zmieniłem w diecie ziemniaki na makaron i kaszę gryczaną i czekałem na start. Z niecierpliwością wypatrywałem wyników znajomych biegaczy w maratonie np. poznańskim. Chodziło o to, że byli to znajomi o podobnych rekordach na 10km (choć o większym stażu biegowym). Bardzo ucieszyłem się, gdy Piotrek i Michał zdecydowali się wystartować w maratonie toruńskim z zamiarami ataku na 3.29.59.

Sprawdzałem pogodę – w dniu startu: bez deszczu, minimalny wiatr, temp. o 9.00 rano +5 stopni. Idealnie. Kiedyś przeczytałem takie mądre zdanie: „Jeśli stoisz na starcie oczekując wystrzału startera i czujesz się komfortowo, uwierz że ubrałeś się za grubo i podczas biegu będzie Ci za gorąco” – a to oznaczać może zbyt szybką utratę wody i elektrolitów. Stąd tylko krótkie spodenki, koszulka termiczna, koszulka (bawełniana a co tam 🙂 ) plus opaska na uszy. Zastanawiałem się nad rękawiczkami, ale stwierdziłem, że utrudnią mi one na trasie otwieranie żeli (te specjalnie nacinam nożyczkami wcześniej, aby nie siłować się z nimi podczas biegu) butelek wody itp. Na szczęście okazały się zbędne, mimo że przed startem porządnie zmarzłem.

 

 

W kieszenie zabrałem 3 żele oraz magnezowy shot. Start był bardzo spokojny bez jakiegokolwiek szarpania. Droga na tyle szeroka, że nie trzeba było walczyć o miejsce do swobodnego …truchtania – tempo 5.00-5.15 odpowiadało całej naszej trójce. Wierzyliśmy, że zaczynając tak wolno, nie spotkamy się ze ścianą (którą szczególnie mi wiele osób wróżyło, ze względu na kilkumiesięczny staż biegowy). 5 km pokonaliśmy w ok. 26.00. Stwierdziliśmy, że nie możemy już biec wolniej niż 5.00, tym bardziej że była dobra trasa (wbiegliśmy na ścieżkę rowerową tuż przy lesie (tym samym, gdzie biegam na Barbarkę, tylko kilkaset metrów obok). Piotrek zdecydował, że pobiegnie jednak nieco wolniej (w nogach miał maraton sprzed 3 tygodni), dlatego od 8 km musieliśmy sobie radzić sami. Po około 9-10 km na tej trasie istnieje w zasadzie jedyny wyraźny dołek (nic dziwnego, tamtędy płynie mała struga, tzn. powinna płynąć, bo teraz wody nie ma), a to wiąże się ze zbiegnięciem i podbiegiem (pokonywanym dwukrotnie, ponieważ ogólnie kilometry 2-12 dublują się z tymi 32-42). Także był czas na pierwszy żel oraz wodę. Trasa jest osłonięta zupełnie od wiatru. Biegnie się w takim wąwozie przez kilka kilometrów.
10 km pokonaliśmy w czasie około 50.40. Następnie trasa wyprowadza nas w… pole i to chyba jest dobre określenie, bo pokonuje się, oczywiście po asfalcie, gminne drogi zupełnie już nie osłonięte od wiatru, aczkolwiek wiało nieco z tyłu. Po 16km dobiega się do agrafki tzn. mamy przed sobą 1km biegu, następnie nawrót i kolejny 1km. Zapadła mi w pamięć sylwetka pewnego biegacza w wieku ok. 60 lat, baaardzo niewielkiego wzrostu, do którego byliśmy „w plecy” prawie 2km. Pomyślałem sobie, „Jeju, jaki ja jestem … słaby” – na szczęście myśli nikt nie słyszy. Na niektórych twarzach widać było już zmęczenie, ale to dobre miejsce by pozdrowić, dodać otuchy znajomemu. Z daleka poznałem również Marcina, traciliśmy do niego wraz z kolegą ok. 800 m, czyli ok. 4 minut (tak czterech, nie jesteśmy Adamem Kszczotem niestety i były to 4 minuty, a nie 1.44 🙂 ). Widziałem go na sekundy przed startem, stojącego kilkadziesiąt metrów przede mną, ale nie zdecydowałem się przepychać do przodu.

 

 

Po nawrocie można było odczuć lekki choć nieprzyjemny chłodny, zachodni wiatr. Minęliśmy się również z Piotrkiem, przybiliśmy piątkę pozdrawiając się wzajemnie. Z Michałem ciężko pracowaliśmy, zmieniając się nawzajem, aby dogonić grupę biegaczy i nie biec samemu pod wiatr. Udało się, natomiast ta grupa biegła za wolno (ok. 5.10/km, może minimalnie wolniej). Po 3-4 km walki z wiatrem, trasa skręcała o 90 stopni w lewo – pierwsza myśl – w końcu wracamy w stronę Torunia. Chwilę później usłyszałem głos spikera witającego nas w gminie Łubianka. W ogóle ta niewielka gmina żyje sportem. Jej wójt również biegł w zawodach, a KM Truchcik organizuje Grand Prix i wiele biegów na dystansach od 8 do 15km (w tym kilka dyszek i to za jedynie kilka zł wpisowego). Wg stopera w punkcie pomiarowym na 21.0975km razem z Michałem mieliśmy czas 1.44.15 i miejsca 170-171. Wówczas zdecydowałem się nieco przyspieszyć, bo czułem się wyjątkowo dobrze.
Mój kompan stwierdził i słusznie, że będzie biegł z grupą swoim tempem. Na 30 kilometrze udało się wypracować przewagę ok. 3 minut nad barierą i tempem na 3.30.00. Widziałem Marcina biegnącego tzw. Galloway’em. Kilkadziesiąt sekund szedł, następnie biegł przez kilka minut (sporo szybciej niż moje tempo). Zjadłem ostatni żel, wypiłem shot magnezowy i myślałem o tym, że z każdym krokiem meta jest coraz bliżej. Niestety po 30km wyprzedza się ledwo idących, stojących, obolałych zawodników. Niektórych łapią skurcze, innym zbiera się na wymioty. A przecież to zawodnicy zazwyczaj wytrenowani, którzy atakowali z pewnością 3.15-3.20. Chwilę później minąłem biegnącego starszego Pana (tak tego, do którego traciłem 10 min kilkanaście kilometrów wcześniej). Dlatego tak ważne jest prawidłowe oszacowanie własnych możliwości. Marcina dogoniłem ok. 34 kilometra. Chwilę porozmawialiśmy, ale zupełnie inna taktyka biegu nie pozwalała za dłuższą dyskusję. Z tego co pamiętam, ostatnie 2-3 kilometry Marcin już tylko biegł, nie stosując odpoczynku na marsz, dlatego w pewnym momencie odjechał na kilkadziesiąt sekund. Mimo wrażenia, że człapię niemiłosiernie, ostatnie 4.695km (od punktu pomiarowego 37,5 do mety) pokonaliśmy w nieco ponad 22 minuty (dla przykładu Etiopczycy odpowiednio 24.11 i 27.57 – to musiał być widok 🙂 ). Blisko mety przypływ adrenaliny powoduje, że uczucie bólu spada i można nawet przyspieszyć. Pewnie gdyby nie kibice stojący przy mecie, to bym się popłakał ze szczęścia. Ostatecznie finiszowałem w czasie 3.25.10, co na daną chwilę jest spełnieniem marzeń.
Po biegu obowiązkowo żurek 🙂 a następnie darmowy masaż (ogromny plus dla organizatorów). Oczywiście wszystko boli, ale są różne metody znieczulania :). Dzień po maratonie dałem się namówić na piłkę nożną… ganiałem za nią 1,5h i był to najlepszy sposób na pozbycie się zakwasów. Michał oraz Piotrek uzyskali również satysfakcjonujące czasy 3.42 oraz 3.45 – brawo chłopaki!

 

Podsumowując:

Niemożliwe nie istnieje!

 

(mój punkt widzenia na ten maraton przedstawiłem w tekście Maraton Toruń, etiopskie śniadanie)

Inne osoby czytały również:

Masz marzenia biegowe?

2015-12-10 13:51:29
runnerski-pl

18

Plan treningowy czyli niezrealizowane marzenia.

2015-05-22 11:11:04
runnerski-pl

18

Historia pewnego wyprzedzania

2017-11-14 17:34:36
runnerski-pl

8

Aby biegać szybciej wiosną trzeba najpierw…

2017-11-08 18:47:12
runnerski-pl

8

W roli debiutanta.

2017-10-30 19:31:27
runnerski-pl

8

Wracam

2017-10-24 17:37:49
runnerski-pl

8

To chyba już starość co?

2017-06-29 19:40:37
runnerski-pl

8

Rekordy, życiówki i taka tam moja codzienność.

2017-06-20 20:21:52
runnerski-pl

8

  • Malgorzata Wrzesinska

    Gratuluję chłopakom: Arturowi a także Michałowi i Piotrkowi. Marcinie – Tobie zaś gratuluję sukcesu sukcesu docierania z blogiem w przystępnym języku do Czytelników.I może ja nie jestem mega szybkim biegaczem i nie biegam tak szybko jak Ty (trochę wagi przyjdzie mi zrzucić) ale śledzę Twoje wpisy bo piszesz przystępnie, ciekawie, zabawnie, nie boisz się mówić to co myślisz, zawsze na Ciebie można liczyć jak się ma jakieś pytania. Mój pierwszy maraton w kwietniu i na pewno z Twojej wiedzy i doświadczenia skorzystam 🙂 Dziękuję Ci za pomoc którą udzielasz biegaczom 🙂

    • Piotrek Szczęsny

      Dziękuje za Gratulacje, Artur dał czadu! Ja jednak dwa tygodnie po starcie w Poznaniu ( i dodatkowo tydzień po starcie na 5km w bydgoszczy) postanowiłem nieco odpuścić, wynik praktycznie taki sam jak w Poznaniu, ale dużo „zdrowszy” bieg, nie wyniszczyłem się, bez kontuzji, bez ściany, a najszybsze kilometry na trasie to te ostatnie :).

      • Małgorzta Wrzesinska

        🙂

  • Artur Żeliszczak

    Chciałem pokazać, że największą satysfakcję czerpać można ze zrealizowania własnego planu na bieg maratoński. Każdy ma swoje granice, to oczywiste. Mi z kalkulatora wychodziło, że powinienem atakować 3.15, ale kalkulator jedno, a życie drugie. Natomiast przykładowo lepiej zaplanować bieg powiedzmy na: 4.20 i stosując negative split (biegnąc ostatnie kilometry nieco szybciej i wyprzedzając innych) kończąc w 4.17, niż zaryzykować na początku bieg na 3.59 i skończyć w 4.02. Życzę powodzenia w maratonie kwietniowym i świadomego biegu! 2-3 min za szybko na początku może zabrać 10-15 minut pod koniec biegu. Ja już nie mogę doczekać się kolejnego startu – i przecież o to chodzi! 🙂

    • runnerski.pl

      Mój kolega sprzedał mi tekst „bieganie świadome” teraz mam następne „i przecież o to tu chodzi” – robi się z tego fajne zdanie i ciekawa filozofia biegowa. Kalkulatory na maraton są ryzykowną zabawką pisałem o tym http://runnerski.pl/ostatnie-w… w tej kwestii racje ma… Jack Daniels, który Tobie Arturze jakoś nie przypadł do gustu. 😉

      • Artur Żeliszczak

        🙂 za dużo Jacka to też nie dobrze, bo rano trzeba wstać