Maraton Toruń, etiopskie śniadanie, zmęczenie Krzyżakami oraz łzy 600 metrów przed metą i 20 sekund kary.

Maraton Toruń, etiopskie śniadanie, zmęczenie Krzyżakami oraz łzy 600 metrów przed metą i 20 sekund kary. 😉

W porównaniu z półmaratonami dalej pozostanę przy swoim, że nie lubię maratonów ale po wczorajszym starcie straciłem główny argument przemawiający za tym, że maratony są niezdrowe i niegodne polecania. Wczorajszy maraton nie bolał i nie zmęczył mnie jak poprzednie. Nawet po wielu półmaratonach byłem w gorszej kondycji fizycznej i psychicznej.

Zupełnie szczerze to muszę Wam wyznać, że wplotłem w mój tegoroczny kalendarz biegowy maratony z trzech powodów. Pierwszy uznałem, że prezentując bardzo kontrowersyjne tezy jak w artykule Mityczna ściana w maratonie podejście racjonalne i świadome mając jednocześnie wtedy przebiegnięte tylko 2 maratony jestem mało wiarygodny i trzeba to zmienić. Po drugie chciałem udowodnić, że wielu trenerów myli się wskazując nam ogromny kilometraż niezbędny do maratonu. Chciałem pokazać, że 60-80 km tygodniowo to za dużo wystarczy średnio około 40 km. Nie muszę biegać 5 razy w tygodniu, bo dla wyniku 3:30 wystarczą 3 treningi. A po trzecie mogę pobiec szybko stosując metodę marszobiegu, która zapobiega kontuzjom i czyni bieg maratoński o wiele łatwiejszym.

Weekend w Toruniu z żoną to prezent na moje urodziny, które były dokładnie w dniu biegu ale również spełnienie mojego marzenia na turystykę biegową czyli 1-2 dni zwiedzania miasta a potem maraton. Ze zwiedzaniem lekko przegiąłem, bo razem z panią przewodnik nachodziliśmy się po Toruniu tak bardzo, że wieczorem o mało nie zasnąłem już o 17.00 a mięśnie wołały, że przegiąłem i maraton następnego dnia to zły pomysł.

Natomiast Toruń jest przepięknym miastem i bez wahania może równać się z Krakowem. No i Krzyżacy mój ulubiony temat z historii Polski. Było rewelacyjnie i dla mnie bardzo edukacyjnie.

W nocy przed startem przestawienie zegarków i dodatkowa godzina na odpoczynek. Wstałem rano punkt 7.00 schodzę na śniadanie i jestem tylko ja i Kenijczycy, którzy okazali się Etiopczykami. Pomogłem znaleźć im „hot water” tych dwóch panów miało ochotę na herbatę z torebki, kręcąc głowami na widok kawy a że wybrali mój stolik choć pozostałych kilkanaście było wolnych widziałem co jedzą na śniadanie oprócz herbaty z cukrem!!!

Ciekawe na co stawiacie? Odpowiedź brzmi pieczywo a dokładniej 4 sztuki: 3 kromki chleba każda inna i bułeczka. Wszystko suche nawet bez masła. Pomogłem im zrozumieć to, że cofamy godzinę na zegarku, życzyliśmy sobie powodzenia a oni nie chcieli powiedzieć mi, który z nich wygra, mieli rację tym razem w Toruniu wygrał „biały” człowiek.

Przed startem było zimno 5 C potem na mecie było 10 C ubrałem się na krótko (koszulka i 2-ga siateczkowa podkoszulka) oraz chusta (Buff) na głowę i to był dobry wybór. Na trasie momentami wiało ale najważniejsze były rękawiczki. Możecie w takiej temperaturze ubrać jedną koszulkę za mało ale rękawiczki muszą być. Ciepłe dłonie to nie tylko komfort biegu, organizm nie traci energii na ich ogrzanie to bardzo ważny drobiazg. Krótkie spodenki i kompresy na łydki to również gwarancja tego, że w nogi jest stosunkowo ciepło.

1,5 godziny przed startem łyknąłem shot magnezowy bałem się efektu „wcześniejszego zwiedzania Torunia”, więc trzeba było zadbać o mięśnie i ewentualne skurcze. Dużo osób opowiadało mi, że i tak mimo wspomnianego shota mają skurcze na trasie. Zacząłem niedawno kombinować, że może bierzemy je za późno dlatego przyjąłem jeden przed biegiem a drugi rozłożyłem na dwie części, pierwsza dawka po 12 km biegu druga po 24 km. W maratonie we Wrocławiu wziąłem jeden magnez dopiero na 25 km i na 34 km miałem skurcze, nic nie pomógł za to po biegu było ok moim zdaniem wtedy zadziałał on zbyt późno.

Wiedziałem, że skoro jest zimno mniejszym problemem będzie utrata wody ale dla mnie płyny co 5 km jak zaproponował nam organizator na punktach nawadniania to za mało. Dlatego miałem bidon na pasku 0,7 litra wypełniony tylko w połowie aby nie przeszkadzał podczas biegu i piłem z niego dokładnie co 6 minut i 30 sekund solidnego łyka wody a na punktach odświeżania uzupełniałem 3-4 kubeczki dolewając je do bidonu.

Dlaczego piłem co 6:30 ponieważ po tym czasie biegu aplikowałem sobie 30 sekund marszu czyli zastosowałem metodę Gallowaya. Na trasie było z tym sporo śmiechu. Jak zawsze już przy pierwszym marszu koledzy biegacze podtrzymywali mnie na duchu, że dam radę albo pytali czy już po 2 km przegiąłem i mam dość, kibice zachęcali do walki z politowaniem w oczach widząc mnie w czasie chodu.

Powiem Wam, że aby biegać Gallowayem trzeba być nieco asertywnym i obojętnym, bo nie sposób każdemu wytłumaczyć, że to zaplanowana taktyka. Pomiędzy 500 metrem biegu a 5 km wyprzedziło mnie grubo ponad 100 zawodników, szczególnie wtedy gdy szedłem. Chyba prawie wszystkim zrewanżowałem się, wyprzedzając ich potem kiedy to oni szli lub umierali ze zmęczenia a nic nie dodaje tak dobrze sił jak wyprzedzanie innych na naprawdę dużo większej szybkości. To jest siła ponad każde inne źródło.

Z grupą 6 osób biegłem od 15 do 30 km. Wyglądało to tak: chwilę z nimi potem maszerowałem swoje 30 sekund, traciłem dystans i znowu dochodziłem do nich, chwila z nimi i znowu to samo. Oni byli przekonani, że szarpię tempo i z sympatią śmiali się z tego co robię. Za każdy razem myśleli, że widzimy się ostatni raz potem dziwili się, że znowu ich dochodzę.

Ja tłumaczyłem im najpoważniej jak umiałem, że nie lubię się męczyć a to bieganie bardzo mnie wyczerpuję i muszę trochę odpocząć idąc. Moje żarty chyba podnosiły morale grupy nawet jeśli mieli mnie za wariata.

W okolicach 30 km 3 chłopaków zwolniło, mieli najwyraźniej dość mimo, że chwilę wcześniej wyglądali lepiej ode mnie, kolejnych 3 uciekło mi do przodu. Niestety dla nich 5 kilometrów później byli bez sił. Gdy mijałem jednego z nich nawet dopytywał o mój marszobieg. Inny na mecie kiwał głową z uznaniem. Na trasie również wyglądał na dużo lepszego ode mnie ale… nie odpoczywał. 😉

Podczas maratonu pochłonąłem 3 żele. We Wrocławiu zasugerowałem się radami bardziej doświadczonego kolegi i zrobiłem to tak: po połowie każdego żelu na 20, 25 km potem na 30, 34 km i na 38 km. Pół mi zostało więc oddałem go na 39 km innemu koledze. Wtedy na 23 kilometrze miałem mały kryzys dlatego teraz wyciągnąłem wnioski i żele zadecydowałem spożywać inaczej tj. rozpocząć ich smakowanie 5 km wcześniej.

W  Toruniu również przyjmowałem po połowie szaszetki ale teraz od 15 km potem na 20, 25, 30, 34 km a ostatnie pół rozłożyłem jeszcze na 38 i 40 km. Zawsze popijałem je wodą (dwa spore łyki) w innym razie jest ryzyko, że żołądek będzie potrzebował wody z organizmu do ich trawienia a ta bardziej jest potrzebna do ochrony przed skurczami.

Reasumując woda, magnez plus marszobieg ochroniły mnie przed skurczami mimo, że moje mięśnie były przeciążone kilometrami toruńskiej starówki. Natomiast idealnie przyjmowane żele pokazały, że ściana to tylko brak węglowodanów a nie żadna kwestia psychiki czy braku długich wybiegań. Znowu ten mój wniosek, że maraton to czysta matematyka.

Jednak wszystko to co zrobiłem powyżej byłoby dalece niewystarczające gdyby nie… właściwe tętno.

Na treningu 2 tygodnie przed maratonem przebiegłem 21 km w czasie 1:39:00 (część po lesie) i na tętnie jakie planowałem na maraton. Wniosek był taki 3:20 w maratonie nie powinno być zbyt wybujałym marzeniem ponad moje siły ale to teoria, praktykę weryfikuję… tętno.

Zacząłem biec maraton zamiast tempa 4:45 tempem 4:55 za chwilę było już 4:58 ale tętno zgodnie z planem w przedziale 136-139 nawet momentami 141 co robić? Biec na tempo 4:45 czyli przyspieszyć czy trzymać się tętna, bo taka jest moja aktualna dyspozycja? Gdybym przyspieszył nie wiem czy na mecie osiągnąłbym wynik 3:35 a bóle, skurcze i kolejna porażka stałyby się bardzo realne.

Staram się nie robić dwa razy tych samych błędów dlatego tak jak obiecałem sobie po Wrocławiu nie pobiegnę drugi raz za szybko pierwszych 21 km. Po 10 km miałem idealne tętno i średnią prędkość 4:58 to prognozowało wynik 3:30-3:35 ale trudno co zrobić i nagle a właściwie po 10 km nie wiem co się dzieje średnie tempo wzrasta 4:57, 4:55 i nawet osiąga 4:53 a tętno jest… takie samo 136-140 uderzeń serca na minutę to niemożliwe nie wiedziałem o co chodzi.

Miałem drugą dziesiątkę biec na tętnie 140-143 a tymczasem serce bije wolniej a ja przyspieszam. Jedyne wytłumaczenie organizm musiał się rozgrzać… błąd. Na szczęście założyłem sobie, że dopóki przyspieszam nie ma co wchodzić na szybsze tętno a więc pomyślałem do półmetka jadę dalej tak samo potem zobaczymy.

Dlaczego tętno i tempo zachowało się tak jak nigdy przedtem? Odpowiedzią był profil trasy byłem przekonany, że biegniemy więcej z górki tymczasem na pierwszych 10 km było odwrotnie teren był pofałdowany i raczej pod górkę zobaczyłem to dopiero gdy po 30 km wracaliśmy tym samym odcinkiem wtedy było… z górki. Dlatego gdy po 10 km wypłaszczyło się tętno spadało a prędkość rosła. Oczywiście rozgrzanie mięśni też mogło przynieść pozytywny efekt, szczególnie w zestawieniu z cały czas uzupełnianą wodą i mega pozytywnym nastawieniem jakie towarzyszyło mi w tym dniu.

Miałem taką frajdę z biegu, że pozdrawiałem kibiców (nielicznych na trasie), śląc im pozdrowienia z Zielonej Góry, żartowałem z innymi biegaczami, wiedziałem, że dzisiaj mi się uda, bo nic nie muszę tylko mogę.

Nie było jednak tak beztrosko. Już po 6 km byłem bardzo zaniepokojony faktem, że mój prawy mięsień dwugłowy nie wytrzyma do końca i obstawiałem jego zmęczenie dniem poprzednim ale co robić? Mogłem jedynie zachować ostrożny krótki krok i ostateczne oddalić pokusę przyspieszenia oraz stosować marszobieg do 36 km inaczej pewnie po 30 km porzuciłbym marsz na rzecz czystego i jeszcze szybszego biegu a tak trzeba było „liczyć” każdy krok.

Żaden skurcz mnie nie złapał zarówno w czasie biegu jak później pomimo, że spędziłem blisko 5 godzin w samochodzie wracając do domu nawet żartowałem, że bardziej boli mnie pupa niż mięśnie.

Dzisiaj dzień po maratonie…mógłbym chyba iść na trening lekko bolą ścięgna w kolanach a poza tym czuję się nad wyraz dobrze mimo, że siedziałem do późna oglądając wieczór wyborczy. Profilaktycznie wziąłem dzisiaj urlop więc mogę spokojnie napisać relację z biegu.

Jeszcze jedno ważne zdarzenie podczas biegu poznał mnie jeden z moich czytelników Artur, wspaniały chłopak, który w debiucie przybiegł na metę tuż za moimi plecami a po 34 km doszedł mnie i wymienialiśmy kilka zdań na trasie biegu. Wielkie Gratulacje Artur byłeś naprawdę w dobrej formie!!!

Muszę napisać dwa słowa o matematyce. Na mecie po biegu zakładałem średnie tętno 142, 143 tymczasem miałem 140 moim zdaniem ten fakt plus negative splite i zmęczenie zwiedzaniem świadczy o pewnej rezerwie. Pierwsze 21 km pobiegłem w czasie 1:43:14 a drugą „połówkę” 1:41:56. W sumie na mecie był czas 3:25:08.

Co ciekawe Artur miał 1:44:38 a drugą część 1:40:32 on dopiero miał rezerwę jakieś 2-3 minuty lepszy wynik był Arturze w tym dniu jak najbardziej w Twoim zasięgu. Moim zdaniem idealnie jest pobiec 2 część niemal w identycznym czasie z lekkim wskazaniem na szybszą 2-gą połówkę. U Ciebie szybsza pierwsza część biegu o 2 minuty np. 1:42:30 mogła pozwolić Ci spokojnie złamać 3:23-24, bo na mecie wyglądałeś bardzo dobrze.

Jeszcze jedna ciekawostka za naszymi plecami byli zawodnicy biegnący pierwszą połowę w czasie 1:36, 1:34 a nawet 1:33 Ci dopiero przecenili swoje możliwości.

Ostatnia ciekawostka tylko 3 osoby były na półmetku za mną i to minimalnie potem wyprzedzałem tylko ja na półmetku byłem 150 a na mecie 101.

Żelazna dyscyplina taktyczna, ani jednego błędu na trasie i ogromna satysfakcja z biegu właściwie euforia na mecie, tak moim zdaniem wygląda bieganie świadome. 600 metrów przed metą łzy napłynęły do oczu i miałem „radość maratończyka” ale ludzie przy trasie sprawili, że nie rozkleiłem się w tym momencie.

Na ostatnich kilometrach planowałem złamać 3:25 finalnie miałem wynik 3:25:08 ale na 2 km przed metą piłem ostatni raz i wtedy… wypadł mi bidon na asfalt musiałem się zatrzymać, cofnąć z trudem zgiąć się, podnieść go i od nowa wejść w rytm straciłem około 20 sekund. 3:24:48? Czyli jednak popełniłem jakiś błąd chwila rozkojarzenia i kara 20 sekund.

Weekend w Toruniu był wspaniałym tortem urodzinowym a wisienką na tym torcie był najlepszy taktycznie start i najlepszy maraton czego chcieć więcej… powtórki i 3 tygodni odpoczynku po sezonie co niniejszym rozpoczynam ale pisać będę dalej, odpoczywam tylko od biegania…

Inne osoby czytały również:

Historia pewnego wyprzedzania

2017-11-14 17:34:36
runnerski-pl

18

Jedzenie przed, w trakcie i po treningu.

2017-01-26 15:12:44
runnerski-pl

18

Strach przed maratonem.

2016-11-23 19:03:58
runnerski-pl

18

Czego nie robić przed zawodami.

2016-10-05 19:48:09
runnerski-pl

18

Co robić przed startem?

2016-09-26 20:51:37
runnerski-pl

18

Wybiegaj się przed maratonem.

2015-08-20 14:18:40
runnerski-pl

18