Jak liczyć życiówkę.

Temat: Jak liczyć życiówkę.

Zacząłem jak w szkole. 😉 Dla wielu z Was pytanie jest banalne ale… dziwię się i to ostatnio coraz częściej jak różne stosujemy w tej dziedzinie kryteria.

Ten tekst miał pierwotnie ukazać się po biegach Niepodległości, kiedy wielu moich znajomych poprawiało swoje rekordy życiowe ale… zapomniałem o nim. Jednak może to i lepiej, że ukazał się teraz, kiedy na spokojnie planujemy kolejny sezon i… życiówki.

Co to jest życiówka i jak trudno ją poprawić wie chyba każdy z nas. Kiedyś koleżanka z pracy na wieść o mojej życiówce szybko pochwaliła się swoimi osiągnięciami: ja też na weekend zrobiłam życiówkę, przez 3 dni zwiedzałam bez przerwy muzea w tym również to watykańskie. Kto widział ten papieski ogrom sztuki ten wie jak wspaniały jest to wynik. Trzeba tam  mieć więcej wolnego czasu niż na pokonanie dwóch maratonów. 😉 Wracając do tematu…

Dawno, dawno temu… istniał w temacie rekordów życiowych dylemat pomiędzy czasem netto i brutto. Dzisiaj doszły aplikacje na telefony czy komputery. Mamy nowe metody i nowe możliwości obliczeniowe. Na początku spróbuję uporządkować możliwe pomiary. Zacznijmy zatem od początku, bo nie każdy biega 10 lat. 😉

Czas brutto to nasz wynik jaki będzie zmierzony od momentu przysłowiowego wystrzału startera do chwili kiedy ostatkiem sił wpadniemy na linię mety lub dokładniej na deskę pomiarową, fotokomórkę lub inny wynalazek. Najczęściej według tego czasu prowadzona jest klasyfikacja generalna. Choć organizatorzy mogą tutaj wprowadzać własne modyfikacje. Spotykałem się np. z pomysłem aby pierwsza 50-tka czy 100-tka była klasyfikowana według czasu brutto a pozostali byli klasyfikowani według czasu netto.

Netto to wynik od momentu przekroczenia linii startu do momentu przecięcia mety. Czyli od brutto różni go moment rozpoczęcia pomiaru, zwykle dużo późniejszy. Po co takie skomplikowanie sprawy? A no po to abyśmy nie pchali się na starcie do strefy VIP lub na miejsce dla szybszych biegaczy. W wyniku takiego działania blokujemy potem na trasie drożność drogi i Ci, którzy są od nas lepsi tracą cenne sekundy aby wyprzedzać nas slalomem. Gdy zgrupujemy się w kilka znajomych osób nieraz ciężko jest przebić się przez takie towarzystwo. Szczególnie gdy część z nas ma słuchawki w uszach poza tym jest to niebezpieczne. Stąd biorą się podcięcia i upadki właśnie po starcie. Dlatego czas netto pozwala wystartować z dalszej linii i mieć na mecie obiektywnie zmierzony wynik.

No właśnie to może przykład: brutto miałem 40:03, netto 39:59 a endo czy inna aplikacja pokazuje mi 39:44 Wow!!! Wybieram pomiar oparty na GPS-ie. 😉

Chwila, chwila to już nadużycie! Wrzucę jeszcze jeden przykład z mojego biegania. We Wrocławiu w tym roku brutto miałem 1:30:10, netto 1:29:31 a na „kompie” wyskoczył wynik 1:28:32. W dużych imprezach różnice mogą zatem być naprawdę spore!

Możemy liczyć życiówkę według czasu brutto. Jednak to mało atrakcyjne rozwiązanie. Poza tym krzywdzące dla nas, bo dochodząc do startu nie biegliśmy. O dziwo spotkałem osoby, które tak liczyły swój najlepszy rezultat, byli to początkujący biegacze. Starzy wyjadacze liczą według netto. Natomiast niektórzy chyba głównie młodzi stażem a z ogromnymi ambicjami chcą widzieć swój rekord w czasie jaki pojawia się np. na endo.

Jeszcze wyjaśnienie skąd różnica pomiędzy czasem netto a wynikiem w zegarku czy telefonie.

Podczas maratonu berlińskiego (nie tylko tego) najkrótsza trasa biegu jest zaznaczona białą linią (w Walencji była ona pomarańczowa 😉 ). Jest to linia po której zmierzono odległość 42 km i 195 metrów. Jednocześnie jest to prawie najkrótsza możliwość pokonania danej trasy. „Prawie” ponieważ nie biegnie ona idealnie przy krawężnikach więc w teorii można jeszcze nieco nadrobić.

W naszych małych biegach takiej linii raczej nie ma ale w teorii ona istnieje. Po niej organizator zmierzył np. 10 000 m. Problem w tym, że gdy biegniemy na zakręcie biegniemy nieco środkiem, bo kolega biegnie po wewnętrznej (plus 5 metrów) wymijamy innych taki zygzak kosztuje nas nawet kilkadziesiąt metrów, punkty nawadniania (plus 2 metry), pijemy nie raz  a wielokrotnie itd. Potem na mecie zegarek zamiast 10,00 km wskazuje 10,06 km a nawet 10,23 km. Najczęściej najbliższy prawdy jest sprzęt tych biegnących po zwycięstwo ponieważ oni mają trasę tylko dla siebie i wybierają najkrótszy jej wariant. Na przywoływanym powyżej półmaratonie przebiegłem blisko 200 metrów więcej.

Zatem uznawanie rekordów na podstawie rzeczywiście przebiegniętych 10 000 metrów dałoby się usprawiedliwić? Niby tak ale ten system ma jedną poważną wadę. GPS kłamie lub przynajmniej myli się. Oparty jest o sygnale płynącym z satelitów (minimum 3 w danym momencie) i bywa, że sygnał gubi się, jest zakłócany lub źle działa zaraz po starcie. W rzeczywistości możemy na mecie mieć odczyt 9 970 metrów lub 10 400 metrów gdy w rzeczywistości przebiegliśmy 10 050 metrów.

Pozostaje jeszcze kwestia atestów tras. Tylko te mogące pochwalić się takim certyfikatem w rzeczywistości mają dystans jaki obiecują nam organizatorzy. Ciągle zdarza się, że deklarowane przez gospodarza 10 km to rzeczywistości 60 metrów więcej lub mniej. Dlatego prawdziwi „maniacy” rekordów uznają za potwierdzone tylko rezultaty ustanowione na trasach atestowanych.

Oczywiście możecie, tzn. możemy liczyć sobie rekordy jak tylko chcemy tylko warto wiedzieć dlaczego robimy to tak a nie inaczej. Osobiście uznaje swoje życiówki według czasu netto. Natomiast czas z rzeczywiście przebiegniętych 21 km (np. ten w endo) jest dla mnie wynikiem orientacyjnym, na co mnie stać i w co muszę celować przy następnym starcie. Dlatego mając w półmaratonie rekord 1:29:31 a wiedząc, że mógłbym przebiec ten dystans w 1:28:32 celuję za rok w ten właśnie wynik.

I ostatnie zdanie. Życiówki nie są najważniejsze w tej zabawie warto o tym pamiętać. Natomiast skutecznie pomagają utrzymać motywację w treningu. I tylko takich życiówek Wam życzę.

NAJWAŻNIEJSZE jest to aby w ogóle mieć okazję liczyć (na) życiówkę.

KTO W TYM ROKU POPRAWIŁ PALEC DO BUDKI…

KOMENTUJCIE i „LAJKUJCIE” 🙂

Inne osoby czytały również: