Epizod II – to był czas trudnych ale trafionych decyzji czyli relacja z XXXII Półmaratonu Pszczewska Dwudziestka.

Podczas każdego biegu musimy podejmować decyzje, które potem wpływają na końcowy sukces albo porażkę. U mnie tych trudnych decyzji również było sporo i właściwie to zaczęło się zanim wystartowałem.

Decyzja nr 1. Miało być zimno a ja nienawidzę biegać w temperaturze 10-14C, bo zawsze ubieram się za grubo lub za lekko, szczególnie gdy dodatkowo ma padać i bardzo mocno wiać, według prognoz tak właśnie miało być a temperatura miała wynosić 13C a odczuwalna 8C, do ostatniej chwili wahałem się ale podjąłem decyzje i pojechałem, wierząc w zmianę pogody. Prognozy sprawdziły się.

Decyzja nr 2. Zgubiłem się zanim dotarłem do celu, zasłuchałem się w swój ulubiony zespół, zamyśliłem i w Międzyrzeczu zamiast skręcić w lewo pojechałem prosto. Po 12 km dostrzegłem swój błąd tymczasem 1h i 10 minut do startu. Szybki rzut oka na mapę: miałem do wyboru dwie trasy krótszą niemal polną i dużo dłuższą, którą przyjechałem… wybrałem dłuższą. Zdążyłem odebrać numer startowy na 5 minut przed zamknięciem biura zawodów, byłem chyba ostatnim zgłaszającym się uczestnikiem.

Decyzja nr 3. Godzinę przed rozpoczęciem zawodów zaczął padać deszcz. W końcu upływie kilkunastu minut wypadało wyjść na rozgrzewkę a tu leje. Stwierdziłem, że przemoczenie jeszcze przed startem i bieg w mokrych butach to mało komfortowa sytuacja. Siedziałem w samochodzie i czekałem, 25 minut do startu wychodzę i deszcz ustaje. Szybka rozgrzewka i jestem suchy na starcie.

Decyzja nr 4. Jedna koszulka czy dwie? Wszystko wskazywało na to, że jedna to za mało ponieważ jak dla mnie było bardzo zimno ale… wybrałem jedną było… idealnie. Gdybym ubrał się za ciepło byłoby dużo gorzej i dodatkowe 2 minuty na mecie.

Decyzja nr 5. Już po starcie widzę na zegarku tempo 4:20 na km to szybciej niż mój najszybszy tegoroczny trening kiedy biegałem 4:25 czy 4:30 może zwolnić ale z drugiej strony pierwsze 2 km to profil trasy prowadzący w dół. Postanowiłem zaufać mojemu tętnie. Przed biegiem zakładałem przedział 140-155 uderzeń na minutę jest ok. 148 czyli dobrze.Nie zwalniam.

Decyzja nr 6. Od 2 kilometra biegnę obok znanego mi zawodnika dużo lepszego ode mnie i w efekcie na 5-tym km moje tętno przyspiesza do 154 uderzeń trochę za szybko na taki skok, przy okazji punktu z wodą puszczam tego zawodnika i biegnę swoim tempem. Mijam kolejnego, dużo starszego kolegę, który biega regularnie poniżej 1:30:00, co się dzieję? Może pobiec dalszą część dystansu właśnie z nim, zostawiam go w tyle, on kończy bieg z rezultatem 3 minuty gorszym niż ja.

Decyzja nr 7. Od 5 do 8 km jestem sam, długa 1,5 km prosta, ostry wiatr, znowu zaczął kropić deszcz tymczasem spoglądam na zegarek biegnę na rekord życiowy ale szybko powstrzymuję entuzjazm, bo do tej pory było z górki tętno mam w maksymalnym założonym przedziale 152-154, nie wygląda to dobrze ostatnie 7 km lekko pod górę nie będzie z czego przyspieszyć, bo męczę się coraz bardziej a tu znowu na podbiegu, średnie tempo spada z 4:20 do 4:22 i nagle… pulsometr „pada” kończy się żywot baterii, a miałem doładować, nie wiem jakie mam tętno a to dla mnie kluczowy parametr biegu i 13 km do mety na szczęście jeszcze pokazuje tempo. Postanawiam postawić na lata doświadczenia i myślę tylko o równym poprawnym technicznie biegu, słucham oddechu. Po tylu latach bez pulsometru wiem jak szybko bije moje serce. Taką mam nadzieję.

Decyzja nr 8. Dobiegam do 10 km mam ze sobą jeden żel energetyczny, który powinienem spożyć na 12-15 km jest mi ciężko, żel trzeba popić wodą a ta jest tylko w punkcie na 10,5 km a potem na 15-16 km. Podejmuję decyzję pół żelu na 10,5 km resztę zostawiam na 16 km. Po 2 następnych kilometrach żel zaczyna działać i na lekkim zbiegu odzyskuje średnie tempo 4:22. Deszcz przestaje siąpić. Dobra decyzja z żelem to był idealny moment.

Decyzja nr 9. W okolicach 12 km mija mnie grupa 5 biegaczy, namawiają mnie do podłączenia się do nich i ich tempa. Odpowiadam: Panowie za długo biegam aby próbować dołączyć do tego, kto mnie wyprzedza to zawsze kończy się odcięciem prądu (wszelkich sił) po następnych 2 km. I to była jedna z najważniejszych decyzji nie utrzymałbym się za nimi, zakwasiłbym swoje mięśnie i byłby dramat na ostatnich kilometrach.

Decyzja nr 10. Na 14 km mam przed sobą zawodnika, który biegnie tempem podobnym do mojego ale wydaje się być w lepszej kondycji, wiatr wieje okrutnie, biegnę za nim, nie chowam się od wiatru, bo ten wieje z boku ale psychicznie jest mi łatwiej, nie decyduję się biec obok niego, bo mam już dość a to dopiero 15 km i pozostało 6 km do mety. Muszę się za nim utrzymać nie odpuszczam mimo pokus.

Decyzja nr 11. Łykam resztę żelu i wiem, że przydałby się jeszcze jeden ale go nie mam, piję wodę i trzymam się mojego prowadzącego mnie pilota. Po następnym kilometrze dochodzi nas kilku biegaczy ale szarpią tempo i w końcu biegniemy obok siebie zaczynają się górki i zakręty. Podejmuję trudne decyzję mam już dość, 5 km do mety ale… wychodzę na czoło grupy i dyktuję tempo. Podobno jest to sposób na oszukanie psychiki: Poczuć odpowiedzialność za grupę, muszę dobrać dobre tempo ale średnie tempo spada do 4:25 marzenia o rekordzie życiowym z wielkim hukiem spadają z mojego serca, nie dzisiaj ale decyduje się dalej ciągnąć grupę.

Decyzja nr 12. To decyzja na rekord życiowy. Pozostało 3,5 km do mety wyprzedza naszą grupę 2 biegaczy wyraźnie posiadający o wiele więcej sił niż ja… Pamiętam swoje rady aby nie biec za tymi, którzy mnie wyprzedzają…ale jeśli nie teraz to kiedy… Siadam im na ogonie i po następnych 500 metrach żałuję decyzji, zagotowałem się nie mam sprawnego pulsometru ale wiem, to już koniec moich sił. Dwóch biegaczy odjeżdża mi na 5 metrów chyba nawet żartują, że nie dałem rady ale podejmuję decyzję walczyć jeszcze chociaż 200 lub 100 metrów. Kończy się podbieg i na zbiegu dochodzę obu biegaczy. Mam dość, bo do mety nie było 3,5 km a 4,5 km gdybym wiedział chyba nie przyspieszyłbym a średnie tempo skoczyło do 4:24 i to pod górkę a więc przyspieszamy.

Decyzja nr 13. Jak dziecko boję się spojrzeć na tempo, bo do mety pozostały 2 km i jak zobaczę, że z rekordu nici to chyba zatrzymam się i będę odpoczywał, jeden z dwójki holujących mnie kolegów zwalnia drugi chce do niego dołączyć i wtedy szybka wymiana zdań: Kolego masz siły to pociągnij mnie na rekord – wręcz błagam go – bo sam nie dam rady, nie mam sił ale mam ambicje, spojrzał na mnie, coś powiedział nie wiem co ale pociągnął średnie tempo rośnie 4:23, 4:22. Znowu oszukałem swój mózg skupiając się tylko na tym aby trzymać się tego, który mnie prowadził. Ostatni kilometr dużo pod górę ale lubię górki, biegam ich naprawdę sporo, tak się okłamuję. Na 3 minuty przed metą zerkam na zegarek zabraknie mi sekund do rekordu ale lecę za kolegą, zakręt jeden drugi i meta to już… emocje czy adrenalina nie wiem ale daję na maksa do końca nie wyprzedzam kolegi, bo szacunek za okazaną pomoc mówi mi biegnij za nim…

Jest wynik 1:32:18 dokładnie 18 sekund szybciej niż rok temu na płaskiej jak stół trasie w Nowej Soli. Jestem tak zmęczony ostatnimi kilometrami i finiszem, że chwytam ramienia chłopaka podającego mi wodę na mecie i mówię mu: stój, bo padnę. Po minucie biorę kubek puszczam jego ramię odbieram medal, dziękuję kolegom, którzy mnie holowali szczególnie temu ostatniemu, w euforii wszystkim innym mówię o rekordzie, człowiek wtedy się jakoś dziwnie się zachowuje. Szybko robi się zimno więc przebieram się wracam na metę kibicuję znajomym m.in. cioci, która w kategorii K-50 finiszuje na 2 miejscu z czasem 1:55 jest siła i satysfakcja.

Pszczewska Dwudziestka to znowu bieg z kategorii: kameralny ale z tradycjami w końcu to już XXXII edycja. Bez wątpienia ważne wydarzenie dla tego małego miasteczka położonego bezpośrednio nad jeziorem od startu do linii brzegowej jest chyba 30 metrów. Organizacyjnie nie ma się do czego przyczepić, skromny zestaw przedstartowy ale koszulka zasługująca na szacunek, medal na mecie, dyplom ukończenia zawodów wręczany przed startem jest ciekawym gadżetem (kiedyś dostałem medal przed startem!!!). Impreza w międzynarodowej obsadzie 2 Kenijczyków i 3 reprezentantów Ukrainy. Oczywiście na czołowych miejscach.

Trasa wymagająca suma podbiegów i zbiegów większa niż w uznawanej za trudną trasię w Półmaratonie Przytok ale niewygodę trasy w tym roku wynagrodziła idealną pogodą, jeśli jednak w Pszczewie jest ciepło trasa robi się z pagórkowatej wręcz górska, pamiętam to sprzed 2 lat.

W rejonie Pszczewa jest bardzo dużo jezior dodam czystych jezior, wygląda więc na doskonałe miejsce do spokojnego biegania i jeszcze lepszego urlopu w ośrodkach lub w gospodarstwach agroturystycznych.

Z kronikarskiego obowiązku i szacunku dla szybszych wspominam, iż zawody wygrał Kipkosgei Gilbert (KENIA) 1:12:02 przed Lagatem Fracisem (KENIA) 1:12:03 i Evgenijem Derbenjovem (UKRAINA) 1:12:36 wśród pań najszybsza była Agnieszka Grad-Rybińska 1:24:27 przed Basią Pochranowicz 1:28:18 i Agnieszką Witczak – Flajszer 1:29:29.

No po takim wyniku, wrażeniach i wspomnieniach moje buty będą musiały zostawić swój odcisk w tym miejscu także w przyszłych sezonach.

Inne osoby czytały również:

SEZON 2019 moje treningi – raport 2

2018-12-12 18:55:25
runnerski-pl

8

Sezon zimowy-wiosenny.

2018-12-06 19:47:56
runnerski-pl

8

Sezon 2019 moje treningi – raport 1

2018-11-21 12:53:32
runnerski-pl

8

Roztrenowanie

2018-11-15 14:13:53
runnerski-pl

8

Podział sezonu jako element sukcesu.

2018-11-07 13:06:47
runnerski-pl

8