Debiut w maratonie.

Dostałem kilka dni temu list od Marka dla mnie to niesamowita, autentyczna relacja z maratonu… pierwszego maratonu jaki przebiegł teraz mogę nawet powiedzieć mój kolega maratończyk. 

Uwielbiam takie historie i cieszę się ogromnie, że nie miał nic przeciwko temu aby zamieścić jego historią dla Was.

Maraton w Toruniu żyje swoją historią, kolejną historią osoby, która dotarła do mety bardzo dziękuję Marku. No i czytajcie koniecznie, tekst nie jest długi ale dla mnie bardzo motywujący daje mi większą ochotę na trening niż niejedno oklepane hasło.

 

Witam, serdecznie !

W tym roku pokonałem swój pierwszy w życiu (w drugiej 50-siątce życia) maraton. Był to maraton w Toruniu. Nie byłem w pełni przygotowany, miałem marzenia, nie plany ukończyć maraton, nawet w limicie czasu. Wynik poniżej 5 godzin byłby dobry, no może jakby było 4:45 byłoby super. A było 4:25 czyli dla mnie mega super. Wielkie przeżycie, stąd każdy artykuł czy wypowiedź na temat tego maratonu chłonę w mig.
A jak czytałem artykuł, gdy ktoś bodajże z kręgu organizatorów powątpiewał czy ten maraton, taki malutki w stosunku do np. poznańskiego, warszawskiego czy innych z tysiącami startujących to głośno mówiłem do siebie „że jest potrzebny” na przykład dla takich jak ja. Gros ludzi zaczyna maratony spektakularnie np. od Warszawy, a ja jako ostrożny optymista wolałem wziąć pierwszy raz udział w nieco „spokojniejszym” biegu (rzesza ludzi). I tu maraton toruński spełnił moje oczekiwania w 100 %).
Biegam gdzieś 2 pełny sezon, nie byłem przygotowany do maratonu zgodnie z „wytycznymi”.  Najdłuższy dotychczas na treningu i w stratach nieprzerwany bieg to był półmaraton. Wahałem się czy startować w tym roku czy odłożyć start do kolejnego. Jednak „coś” podpowiedziało mi abym wystartował, bałem się że nie dam rady przebiec cały dystans więc postanowiłem zastosować metodę biegowo-chodową czyli Gallowaya o której przypadkiem powiedział mi znajomy.
Podszedłem spokojnie do tego wyzwania i spokój to ponad połowa sukcesu. Biegłem ok. 1,6 km i szedłem ok. 100 m i to od początku czyli od początku biegu z pełną dyscypliną, z lekką korekta pod koniec biegu gdy z konieczności odcinki biegowe miały ok. 1 km (bałem się, że mięśnie odmówią mi posłuszeństwa).  Tym bardziej, że na 10-12 km poczułem twardość lewej łydki, a na ok. 32 km chyba przyczepy lub coś takiego przy prawym kolanie.
Reasumując pokonałem ten dystans, zwolnienie tempa pod koniec spowodowane obawą o kontuzję wyłączającą z biegu pozwala stwierdzić, że są jeszcze możliwości poprawy wyniku, ale nie koniecznie o to chodzi. Fakt wyprzedzania pod koniec biegu innych biegaczy którzy długo byli z przodu był budujący. A jeszcze podholowałem biegacza, który zwijał się z bóli mięśniowych ok. 35 km i szedł, a biegłem z nim w grupie między 10 a 20 km.

Zaproponowany przeze mnie Galloway pomógł mu dobiec do mety.
Miłe wspomnienia z maratonu, a nie przykre – coś wielkiego … Nie popełniłem wielu błędów, jedynie może zbyt ciepło się ubrałem (długi i krótki rękaw), ale nie zagotowałem się.
Trochę „dziwnie” chodziłem przez kolejne dwa dni ale to pestka.

Sorry za takie osobiste wywody ale z sentymentem wspominam, pewnie nie tylko ja pierwsze starty, w tym przypadku pierwszy maraton. Nie rozpisuję się na forach internetowych, a tutaj tak mnie coś tchnęło.

Pozdrawiam serdecznie Marek.

  • Malgorzata Wrzesinska

    Fajnie Marku, że podzieliłeś się swoją historią – Twoje doświadczenia są bardzo budujące. Szczególnie, że w kwietniu zadebiutuję w swoim pierwszym maratonie 🙂