Czy przebiegnę maraton nie biegając.

Wymyślił sobie to tak:

„Czy przebiegnę maraton nie biegając: „ Long Slow Distance” (długich wybiegań) i wszystkiego innego co powinno się zrobić w planie treningowym; (rozbieganie, siła biegowa, szybkość, tempo startowe, interwały, przebieżka), a czego robił nie będę.

Będę biegał to co zawsze czyli odcinki ok. 10 km, miesięcznie ok. 100 km w tempie 5-5.30 min/km. Tak biegam od 18 m-cy i dobrze się z tym czuję.”

Obstawialiśmy jego szanse, niektórzy z Was byli bardzo krytyczni wobec tego eksperymentu. Sam też obstawiałem i nawet szerzej skomentowałem jego szanse i sam pomysł we wpisie „100 dni do startu – Czy przebiegnę nie biegając…?” Wystarczy Jacku oddaje Ci głos:

 

Witam, Mam na imię Jacek, niektórzy już mnie znają, inni dopiero poznają.
Dwa lata temu wyszedłem pobiegać i tak mi na szczęście zostało.
Trenuje trochę inaczej niż większość tu piszących, bo nie realizuje żadnych planów treningowych, więc obrałem motto „Biegam swoje, co nabiegam to moje”. (Więcej o Jacku możecie znaleźć tutaj.)

Relacja z maratonu

Postaram się te 42 km poskładać do kupy i ubrać w słowa.

Ostatnie 2 dni byłem dziwnie wyciszony, nie wiedziałem czy to dobry sygnał czy zły, przez te 98 dni miałem więcej emocji niż przez 2 ostatnie, zasypiałem o 22:30, gdzie normalnie udaje mi się to tylko gdy jestem bardzo zmęczony, nic mnie nie niepokoiło, poza pogodą.

W sobotę popołudniu wszystko przygotowałem i obejrzałem film „300” żeby się trochę podkręcić i naładować bo ten spokój był nienaturalny, wieczorem trochę forum i spać.

Zegar na 6:00 ale obudziłem się 5:20, omlet z owsianki ubieranie i czekanie na wyjście.
W hali byłem 8:20, uderzyłem zaraz do toalety i zrobiło się 20 minut do startu, pojechałem przebrany więc z szatni nie korzystałem. Pomachałem 3 minuty ciałem i za dziesięć poszedłem na start, ustawiłem się w swojej sekcji i wkradł się niepokój że za ciepło się ubrałem, bo wyszło słońce, a ja pierwszy raz w życiu miałem 3 warstwy na sobie.
Taką decyzję podjąłem po ostatnim środowym treningu gdzie warunki były podobne (wietrzne) ale bez słońca, uznałem że tempo 5:20 nie jest takie abym się przy nim gotował i wolę się rozbierać niż trząść przez 4 godziny , a jak jeszcze osłabnę to z tego powodu na pewno cieplej mi się nie zrobi.

I tak stojąc na starcie widząc słoneczko to liczyłem już tylko na wiatr który mnie ochłodzi.
Z kimś tam zagadałem, ja że pierwszy raz, on o bólu (później go minąłem na 30 km, chciałem poczęstować go morelą, on że ściana) i ruszyliśmy, stałem dość daleko za zającami oni pobiegli ja od razu 15 m straty więc sobie ich odpuściłem.

Pierwszy kilometr gość przede mną przepina numer z kurtki na koszulkę.
Pomyślałem, że też pewnie będę się rozbierał i też przystąpiłem do tej czynność.
Dobrze, że jeszcze miałem siły, bo 30 km było łatwiejsze niż ta operacja. Numer do kurtki przypiąłem dobrze, bo te wichury itd., sześcioma agrafkami najmniejszymi w domu aby nie porobić dziur w kurtce, jakoś poszło przepiąłem już tylko czterema.

I już mam zagwostkę, bo pierwsze kilometry bez emocji, biegłem sam (cały bieg biegłem sam) starając się trzymać te 5:18, 5:19 jak widać z wykresu trochę to skakało, momentami starałem się za kogoś schować od wiatru ale niewiele to dawało, generalnie cały ten wiatr odbierałem jako drobny minus, bo nigdzie mnie nie stawiało.

A, przypomniało mi się, już po 7-8 km miałem wrażenie, że zakończy się to klapą, bo czułem uda, pachwiny co raczej mi się ni zdarza przy tym tempie i tak małym przebiegu więc myślę a gdzie 20, gdzie 30 km i dalej będą skurcze i tragedia. Ale nic takiego nie miało miejsca i później nawet zapomniałem o tym.

Jak napisałem biegłem sam, bo chciałem biec swoim tempem, a nie ustrzeliłem partnera którego tempo by mi odpowiadało.
Tak dobiegłem sobie do pierwszego momentu który jakoś tam zapamiętałem, 26km pod wiatr i już tak chyba do 31 km. Dodatkowo od 28km pod wiatr i spore nachylenie, ale wiedziałem że na 29,5km czeka rodzina więc dawało mi to trochę sił, pobrałem od nich magnez który zażyłem.

31km nawrotka i już raczej w dół i z wiatrem, 32km drugie spotkanie z rodziną i wtedy dopiero oddałem im kurtkę, po 33 km zaczynało być ciężej i jeśli pamiętacie mój wpis ze środy kiedy to przebiegłem ostatnie 6km trasy zaczynając od 36km.
To właśnie okazał się on symbolem i wtedy zacząłem tracić energię. Do tego czasu wziąłem 2 żele (12 i 25km i 3-4 morele suszone, piłem na każdym punkcie 3-4 łyki ale ja raczej mało się pocę i pogoda też temu nie sprzyjała). Przeleciałem tak 32,33,34 km czułem sią syty i przesłodzony nie miałem ochoty zażywać żelu, uznałem że te 8km spoko dobiegnę po swojej dzielnicy, choć już słabłem energetycznie.

I wydarzył się 37,5km, praktycznie odcięło mnie i stał się cud dla mnie ale to tak naprawdę ogromna życzliwość osoby która mi pomogła bo nie wiem jakbym skończył, na pewno źle.
Przeszedłem wtedy do marszu pierwszy raz, chyba nawet lekko się zataczając. Dziewczyna, która za mną biegła przeszła do marszu przy mnie, zapytała czy jest dobrze, ja odpowiedziałem, że nie i oddała mi swoją glukozę mówiąc że jedną już wzięła i da radę.
Jeszcze teraz jak to piszę to cisną mi się łzy do oczu, bo naprawdę do mety było daleko, chyba bym nie dotarł albo coś gorszego. Ech głupi to ma szczęście – mówię o sobie.

Od tego momentu przemarszobiegłem do mety Gallowayem (tak wiem, nie piszcie że trzeba było tak od początku), przechodziłem do marszu chyba kilkanaście razy, nie byłem w stanie kontynuować biegu ciągłego, nawet bardzo wolnego ale ciągłego. Jak biegłem to wydawało mi się nawet że szybko, ale może 100-150 i te 15-20 musiałem iść, tak na oko bo nie potrafię dokładnie tego oszacować, a przy tym towarzyszył mi lekki ból podbrzusza.

Nic dodać
Obrazek

Nawet w miejscach dużo nie straciłem tym Gallowayem, z przebłysków świadomości pamiętam, że dla większości to już była droga przez mękę.
Obrazek

Tak dotarłem do mety w 3:53:44, obtarć 0, skurczy 0, kontuzji 0, wydolnościowo 100% super, zakwasy jutro się okaże ale chyba nic wielkiego, odciski kilka niewielkich. Na mecie łzy ze szczęścia i zmęczenia.

Widać niewiele ale ręce w górze.
Obrazek

Uśmiechnięty i świadomy.
Obrazek

Satysfakcja 99%, bo co by było gdybym jadł (wiem, pisaliście ale nie znałem tego z autopsji i jaki może wywołać efekt), a może gdybym więcej trenował. A może 110% bo gdybym nie otrzymał pomocy …?

30 minut dochodziłem do siebie, uzupełniając cukry.

Czego się najbardziej obawiałem to kontuzji podczas biegu i styranego ciało po biegu. Nie wystąpiło ani jedno ani drugie, generalnie to jestem bardziej styrany po mocnej dyszce niż dziś.

Jeśli spojrzeć na to co napisałem w piątek półżartem, to chyba przewidziałem wszystko.

Raz jeszcze dziękuję tej dziewczynie którą widziałem 10 sekund w życiu, to musiał być ten czynnik o którym pisałem poniżej.

„Za 48 godzin stanę do walki o medal i dumę. Ostatnie ważenie wskazało 75kg.
Ja pretendent, pierwszy raz w walce o tak wysoką stawkę, mój oponent dobrze znany, z bilansem ujemnym ale nadal potrafiący zwalić z nóg, a nawet zadać decydujący ból kończąc walkę przez poddanie.
Pojedynek zakontraktowano na dystansie 8 rund, każda po 5km z ewentualną dogrywką 2,195m .
Wiem że będzie to moja najdłuższa i najcięższa walka w życiu, lecz wiem także że o wyniku nie zadecydują pierwsze rundy w których będę badał przeciwnika i sprawdzał swoje możliwości.
Niewielki wpływ na losy walki może mieć runda 6, ale ostatecznie o wyniku przesądzą 7 i 8.
Jeśli dojdzie do dogrywki, to choćbym miał walczyć jednorącz stojąc na jednej nodze, dotrwam do ostatniego metra.
Wiem że na 5 rund jestem przygotowany w 99,9%, w 6-tej zadecyduje wrodzona wydolność, 7-ma to motywacja i wiara w sukces, 8-ma to już kompilacja wielu nieznanych mi w tej chwili sprzyjających czynników .
Sama dogrywka jeśli będzie miała miejsce, to suma wcześniejszych rund pchana siłą rozpędu z wizją mojej ręki w górze po ostatnim metrze i medalu na piersi.”

Dalej biegam swoje, a co nabiegam to moje. Raz jeszcze Dziękuję Wam za doping

Podsumowanie

Czy to się mogło udać 3:44:59 ?
Nie
W tamtych warunkach (wiatr który nie stawiał mnie to jednak większość dystansu był przeciwny i na przestrzeni 4 godzin sporo sił musiał odebrać), w biegu który tak się ułożył że biegłem praktycznie cały czas sam, a od 26km nie było nawet momentu abym „złapał” czyjeś plecy i się trochę podholował.
Może za bardzo też koncentrowałem się na utrzymaniu tempa i wpatrzony byłem w trasę na horyzoncie, zamiast zająć czymś umysł.

Na 34 km byłem prawie w zaplanowanym czasie z tempem 5,22, od tego momentu zacząłem słabnąć (wtedy skończył się „półmaraton” i zaczął maraton), a na 37,5 km strzeliłem. Jak widać po wykresie odcinki które biegłem później nie były znacznie wolniejsze, a nawet też były równe wcześniejszemu tempu, jednakże nie byłem w stanie kontynuować biegu ciągłego.
Mimo to o dziwo nie traciłem pozycji, bo każdy już pchał swoją słabość i niemoc

Obrazek
Obrazek

Być może najtwardsze jednostki, lub mające doświadczenie potrafią zwalczyć ścianę – ja taki nie byłem ani tego nie miałem.

Czy gdybym zjadł więcej i w odpowiednim czasie składniki odżywcze ukończył bym maraton bez marszobiegu –
raczej tak.
Choć przy słabnącym tempie

Czy gdybym zjadł więcej i w odpowiednim czasie składniki odżywcze ukończył bym maraton w zaplanowanym czasie –
raczej na pewno nie.
Moja granica na ten dzień i w takim biegu to było 3:49:59
Tylko 5sek/km i aż 5 sek. to w maratonie bardzo wiele

Czy coś bym zmienił podczas biegu –
Tak
Odżywianie.

Najważniejsze że ukończyłem bez uszczerbku na zdrowiu –
Nie odczuwałem na całym ciele jakichkolwiek dolegliwości podczas biegu, po jedynie zakwasy ud w stopniu minimalnym, a regeneracja nastąpiła bardzo szybko.

Maraton :

– potwierdził, że fizjologii nie oszukam,

– dał doświadczenie,

– dostarczył mi metafizycznych doznań jakich nie zaznał bym nigdzie indziej,

– a dodając do niego te 100 dni tutaj stworzył wspaniałą historię o realizacji marzeń.

Wszystko powyższe tyczy się tylko mnie, moich doznań i przemyśleń.

Medal powieszony, a najważniejsze jest to że cała rodzina dokłada tam swoje „cegiełki” oraz motto pod nimi które gdzieś kiedyś przeczytałem

Obrazek
Obrazek
_________________
Biegam swoje, co nabiegam to moje.

Po pierwsze
Dziękuję mojej rodzinie: żonie i córkom, że wytrzymały temat maratonu w domu przez całe 100dni, wspierały mnie, czasem żartowały z moich przygotowań ale były ze mną do końca kibicowały i pomagały na trasie.

Po drugie

Może zabrzmi dziwnie ale dziękuję wszystkim osobom z początku tematu które były sceptycznie nastawione do mojego pomysłu i wyrażały to w swoich komentarzach i typowaniach. To chyba dzięki Wam ukończyłem ten maraton i to w przyzwoitym czasie, bo zakładając temat czułem się tak mocny że na 80% zakładałem biec na 3:35, na szczęście sprowadziliście mnie na ziemię i dzięki temu ukończyłem.

Po trzecie

Dziękuję wszystkim tu piszącym za rady, sugestie, wsparcie, czasem ironię która też miała mądrość w sobie, wszystko to bardzo mi pomogło dając wiedzę której bym szukał po omacku.

Po czwarte
Nic nikomu nie udowodniłem i niczego nie obaliłem, nie było to moim celem, a jeśli udało mi się przebiec najwyżej jestem „błędem statystycznym”. Po prostu ten królewski dystans ma coś w sobie że zapragnąłem go przebiec i uznałem że to już ten moment, a dodatkowo moje ukończone 42 urodziny współgrały z 42 kilometrami. To wszystko.

„Trenować trzeba bo ciężka praca zawsze pokona talent jeśli ten przestanie pracować”

 

Teraz ja, autor tej strony. Gratuluję Ci Jacku odwagi i determinacji. Trochę było w tym ryzyka ale… skoro sam doszedłeś do tak ciekawych wniosków jak wyżej to właściwie pozostaje mi tylko napisać, że trzymam kciuki za Ciebie w dalszych biegowych próbach. Przez te sto dni oczekiwania na Twój bieg zastanawiałem się kilkukrotnie jak Ci się uda i jestem pod wrażeniem. Mam małą satysfakcję, że w typowaniu Twojego wyniku byłem dosyć blisko nieco ponad 5 minut to chyba mało. Gdybyś od początku pobiegł Gallowayem moja pomyłka byłaby żadna ale… nie naciskam.

Zrób to o czym marzysz 1:29:59 (bez marszobiegu 😉 ) Dzięki za możliwość publikacji Twojej historii.

Zapraszam do przeczytania tego co zakładał Jacek w okresie „100 dni do startu – Czy przebiegnę nie biegając…?” lub co do powiedzenia miałem wtedy i ja. Co się sprawdziło a w czym się pomyliliśmy.

Zachęcam do polubienia mojego profilu na FB, udostępniajcie dla znajomych. Jestem również na googlach+, twiterze i instagramie do zobaczenia.

Inne osoby czytały również:

Znaczenie gumek w życiu mężczyzny.

2017-05-10 17:05:06
runnerski-pl

18

Maraton to sztuka jedzenia.

2017-04-05 20:49:43
runnerski-pl

18

Maraton to sztuka picia cz. II.

2017-03-24 17:11:47
runnerski-pl

18

Maraton to sztuka picia.

2017-03-22 16:47:30
runnerski-pl

18

Dziennik moje bieganie – Sezon 2017 luty.

2017-02-15 16:31:49
runnerski-pl

18

Jedzenie przed, w trakcie i po treningu.

2017-01-26 15:12:44
runnerski-pl

18

Umysł powinien rządzić ciałem nie na odwrót

2017-01-17 14:52:10
runnerski-pl

18

  • Daniel Prażmowski

    Czy warto było przeżywać takie katusze, zamiast zrobić kilka rozsądnych treningów? Moim zdaniem NIE.

    • Katusze? Kolega zwolnił na 37 km ale dotarł do mety cały i zdrowy, bez ściany, skurczów, kontuzji i co najważniejszy szczęśliwy. Zaryzykuję tezę, że osoby robiące „rozsądne treningi” mają najczęściej dużo mniej pozytywnych wrażeń, szczególnie w debiucie. No i Jacek bez trudu w następnym starcie poprawi życiówkę i znowu będzie szczęśliwy. Sam zauważył, że fizjo się nie oszuka. Rozumiem Ciebie niemniej każdemu bieganie może dawać inne rzeczy.

      • I jeszcze jedno zdanie Heniu Szost powiedział w jednym z wywiadów chyba dwa lata temu po Orlen Maratonie, że on ma ścianę w każdym maratonie… a trenuje idealnie z porównaniu z nami amatorami.

        • Daniel Prażmowski

          Po przeczytaniu materiału i porównując to z moimi treningami i wrażeniami po maratonach, gdzie pierwszy pobiegłem ok. 10 minut poniżej możliwości, a drugi na 100% uważam, że to były katusze i zdania nie zmienię.
          Ja nie mam żadnej ściany, ale ja jestem amatorem, a nie Szostem. Choć mam momenty, gdzie muszę zwolnić o jakieś 20 sekund/km, około 35-38 km. Ścianą bym tego nie nazwał, cały czas jestem pewien, że dobiegnę, malutki kryzysik.
          Po przeczytaniu opisu biegu autora, bałbym się maratonu, a nie ma czego.
          To co on zrobił moim zdaniem było bez sensu. Uważam, że lepiej zrobić te kilka treningów uczciwie pod maraton (długie i jakiś 2 zakres choć ze 3x każde) i biec z uśmiechem, a nie jakieś takie cyrki, zataczanie sie, gallowaye do mety… Naprawdę nie jestem zaawansowanym biegaczem, ale trenując w miarę systematycznie i z głową nie mam takich problemów na maratonie. Ale skoro autor tak lubi, niech pozostanie przy swoim, skoro mu to daje szczęście.

          • Rodzina W Biegu

            Witam, powyższy Jacek to ja i zacytuję sam siebie z powyższego tekstu:
            „obtarć 0, skurczy 0, kontuzji 0, wydolnościowo 100% super, zakwasy jutro się okaże ale chyba nic wielkiego, odciski kilka niewielkich”,

            „Czego się najbardziej obawiałem to kontuzji podczas biegu i styranego ciało po biegu. Nie wystąpiło ani jedno ani drugie, generalnie to jestem bardziej styrany po mocnej dyszce niż dziś”,

            „Najważniejsze że ukończyłem bez uszczerbku na zdrowiu –
            Nie odczuwałem na całym ciele jakichkolwiek dolegliwości podczas biegu, po jedynie zakwasy ud w stopniu minimalnym, a regeneracja nastąpiła bardzo szybko”

            a ostatni cytat był właśnie dla takich komentarzy bo wiedziałem że się pojawią

            „Wszystko powyższe tyczy się tylko mnie, moich doznań i przemyśleń”

            Każdy jest inny i na tym zakończmy. Ja cieszę się bieganiem nadal, mam nowe cele, a od wczoraj nową życiówkę na 5km 🙂