Apogeum niepewności potem apogeum szczęścia i bólu.

Kasia Nosowska z zespołu HEY śpiewała przed laty:

„Gdyby chociaż mucha zjawiła się, mogłabym ją zabić a później to opisać”

to zacznę swoją relację z 4. Nocnego Wrocław Półmaratonu właśnie od muchy, najszybszej muchy jaką znam.

Już przed biegiem pisałem Wam, że pęka mi głowa gdy próbuję się schylić, bo znowu zatkał mi się jakiś kanał zatok, oko mam przekrwione i boli mnie momentami bardzo mocno do tego stan podgorączkowy (37,1C) ale obiecałem, że spróbuję pobiec na przekór przeciwnościom. Nie wiedziałem wtedy, że owych przeszkód będzie więcej. Jednak zrobiłem to! Poprawiłem upragnioną życiówkę.

Staję przed lustrem kilka godzin po biegu. W kąciku oka widzę niezły krwiak, no dobra przesadzam 2 milimetrowa „żyłka” dosyć nabrzmiała wygląda to nieciekawie. Mówię do kolegi będąc nieźle spanikowany:

– Wojtek jadę do szpitala mam coś z tym okiem,

– Teraz o 3.15 w nocy – odpowiada mi wyluzowany – chłopie tam nikogo nie ma, kto Cię przyjmie, co najwyżej ortopeda lub chirurg ale do oka… pojedziesz rano – nie wiem czy miało mnie to uspokoić ale było racjonalną koncepcją.

Znowu spojrzałem w lustro i po chwili wyjąłem z oka tego „krwiaka”, który okazał się 2 milimetrową muszką. Każdy mi potem mówił: nie czułeś jej? Czułem ale całe oko mnie bolało więc myślałem, że to albo zapalenie spojówki albo efekt zatok i od razu uzupełniam wywijałem cała powiekę ale nic tam nie widziałem, najwyraźniej przesunęła się w końcu w widoczne miejsce. Mucha zderzyła się z moim okiem dwa dni wcześniej podczas ostatniego treningu przed startem ale wtedy nic mnie nie bolało myślałem, że wyleciała.

Przebiegłem z nią półmaraton w czasie 1:29:31 a więc była to moi drodzy najszybsza mucha o jakiej słyszałem szkoda, że dokonała tego zakonserwowana w moim oku dodając mi niepotrzebnego bólu.

Mucha to małe piwo, tradycyjnie drogi we Wrocławiu zamknęli nie jak obiecali o 21.00 a dużo wcześniej, bo już przed 20.00 i dlatego próbując dostać się na linię startu staliśmy w korku. Dodatkowa godzina w samochodzie w sumie prawie 2,5 h na pewno nie poprawiła sprawności naszych nóg. Dobrze, że zdążyliśmy wpadając do biura zawodów o 20.55 w niezłym stresie ponieważ oficjalnie 5 minut później miało ono zostać zamknięte.

Do ostatniego momentu wierzyliśmy, że zdążymy i szybko odbierzemy nasze pakiety startowe ale nie, nie, nie. Tego dnia miało się jeszcze wiele wydarzyć teraz zablokował mnie… brak dokumentów. Szybki telefon do żony mojego przyjaciela Wojtka u którego zostawiłem je razem z samochodem i… chwila niepewności czy ktoś będzie w domu, bo wcześniej namawialiśmy ją aby poszła oglądać relację on-line z tego biegu do koleżanki. Na szczęście już po chwili miałem zdjęcie dowodu osobistego w swoim telefonie.

Wymyśliłem od razu, że może lepiej napiszę Wojtkowi lub Tomkowi, z którym przyjechaliśmy pełnomocnictwo i chłopaki odbiorą mi numer startowy aby nie tworzyć ewentualnych problemów ale Wojtek oświadczył:

– idziemy po numery a jak będzie trzeba będę zaświadczał ze wszystkich sił i używając wszystkich argumentów, że TY to TY.

Pani od numerów startowych widząc mnie zapytała:

– Jaki numer?

– 6180 –odpowiedziałem pełen pokory robiąc oczy kota ze SHREKA (choć to czerwone raczej nie pomagało).

– Poproszę dowód?

Pokazałem zdjęcie w telefonie, pani roześmiała się słuchając mojego drżącego głosu, że zapomniałem i…

– ok nie ma problemu – po jej słowach wiedziałem, że jednak dzisiaj pobiegnę.

Nie wiedziałem czy się cieszyć, bo stres jakiego doświadczyłem puszczał powoli, chwilę wcześniej osiągnąłem apogeum niepewności co do mojego startu.

– Chłopaki jest jeszcze jeden mały problem – rzuciłem niepewnie – w swoim aucie w Nowej Soli zostawiłem opaski kompresyjne na łydki, w sumie to nic ważnego ale bez nich czuje się jakoś niepewnie tym bardziej, że mam biec na maksa. Pożyczylibyście kasę, bo pieniądze… też zostawiłem? Opaski miałem już sfatygowane więc i tak miałem kupić nowe…

Szybka zrzuta i już po chwili miałem w dłoni zakupione na jednym ze stoisk piękne niebieskie kompresy. Pani dokonująca mierzenia moich łydek stwierdziła:

– ale ma pan twarde i nabrzmiałe chyba jechał pan długo w samochodzie.

No tak jechałem a skoro są już zmęczone przed biegiem to znowu nie wróży to zbyt dobrze pomyślałem nie ma to jak dodatkowe obciążeniem mojej psychiki.

Humor poprawił mi kolega, ze studiów (też Wojtek chyba wszystkie Wojtki to fajne chłopaki), którego nie widziałem od tego czasu a spotkaliśmy się chwilę później mimo 10.000 innych zawodników wokół. Nareszcie jakieś optymistyczne zdarzenie tego dnia. Pozdrawiam Cię biegaj tak dalej to spotkamy się znowu w jeszcze lepszych nastrojach i może większą ilością czasu. Ten Wojtek pobiegł w debiucie po kilkunastu tygodniach treningu lekko ponad 2h ale jak:

5 km – 30:33 następne 5 km – 29:11 potem 28:56 i dalej 28:24 od razu widać, że to świadomy biegacz i mój czytelnik 😉

Wcześniej w samochodzie było raczej pesymistycznie. Tomek nasz kierowca chciał poprawić 1:45 a nawet 1:43 ale podchodził do tego bardzo spokojnie. Wojtek marudził, że mu się nie chcę i na moje słowa, żeby biegł jak najszybciej i łamał swój ostatni rekord 1:48 a najlepiej 1:40 kręcił nosem, że zrobiłby to na luzie ale… mu się nie chcę. Ja z kolei pozostawałem nakręcony jak zegarek mojego dziadka a wokół nastrój średni, zero wsparcia i motywacji od moich współtowarzyszy, do tego wspomniany powyżej korek na drodze.

Dobra mamy numery startowe, mamy na sobie stroje, szybka toaleta i tylko czasu mało więc rozdzieliliśmy się i powędrowaliśmy do swoich stref. Zanim przebiłem się do swojej strefy czerwonej byłem cały spocony i znowu zaniepokojony, bo w swoim miejscu stanąłem 5 minut przed startem. Rozgrzewka? Jaka rozgrzewka nie było na to czasu. Mgła jaka otoczyła biegaczy wskazywała na to, że będziemy oddychać wodą. Temperatura około 18C a dookoła mnie parujące ciała wytwarzały wrażenie tropików. Bardzo gorąco.

Pojawił się przede mną jeszcze pan Jerzy Skarżyński wypytując wszystkich wokół na ile biegną i deklarując, że on spokojnie na 1:25, jakiś młody biegacz zasugerował mu aby szedł jeszcze dalej, bo tu stoją raczej chłopaki 1:30. Na mecie pan Jerzy mimo, że zalicza się już do kategorii M-60 miał czas 1:22:26 !!!oczywiście wygrał swoją kategorię wiekową. Ten facet pokazuje nam, że jeszcze możemy trochę pobiegać.

Teraz sam bieg tu znowu wydarzyło się tyle rzeczy, że opiszę je w następnym wpisie poświęconym tylko rywalizacji na trasie. Wspomnę tylko, że zrobiłem życiówkę… powtarzam się wybaczcie to jeszcze stan samozadowolenia.

Po biegu było równie ciekawie: Tomek 1:42:33 i wspaniała życiówka, Wojtek 1:43:47 ten poprawił swój rekord życiowy o 5 minut a zeszłoroczny rekord wrocławskiej trasy o 12 minut mimo, że mu się nie chciało. On to mnie wnerwia gdyby mu się chciało to zrobiłby 1:40 ale jak twierdzi uparcie nastawia się na 10 km i półmaratony traktuje ulgowo.

Możecie sobie nas wyobrazić, trzech kolesi jadących w jednym aucie, wśród których każdy zrobił swoje maksimum to murowana doskonała atmosfera i ogólna radość. Telefony, sms-y, mimo że minęła godzina 24.00 u mnie apogeum szczęścia byłem w stanie jakiego jako biegacz jeszcze nie przeżyłem, przeplatałem radość łzami, które lały się momentami, zupełnie nad tym nie panowałem i nagle mój krzyk bólu.

Skurcz w łydce jak wbita szpilka, ból 9 w skali do 10. Tomek spanikowany za kółkiem co ma robić, Wojtek wychylony przez siedzenie pasażera z przodu naciąga mi stopę na tylnej kanapie samochodu. Minuta cierpienia i puściło. Nigdy nie mam skurczów (poza pierwszymi 3-ma debiutanckimi maratonami). Ulga i po 5 minutach znowu tym razem apogeum bólu w drugiej łydce ból już 11 w skali do 10. Masakra.

Wojtek naciąga mi znowu stopę ale nic nie puszcza, zjechaliśmy na stację benzynową rozciąganie oraz strach przed tym co będzie dalej. Po chwili pojawił się mój przyjaciel niosąc chyba wszystko co mieli na stacji benzynowej z ponad przeciętną ilością magnezu i kazał mi pić.

Ja leżąc na tylnym siedzeniu wytrwałem do Nowej Soli ale Wojtek zabronił mi jechać dalej swoim autem do Zielonej Góry. Oczywiście nie miałem zamiaru go słuchać ale gdy poczułem skurcz w udzie przy próbie wydostania się z auta Tomka pogodziłem się z jego koncepcją dziękując mu za dach nad głową.

Chwilę później gmerałem chusteczką higieniczną w oku stojąc przed lustrem w poszukiwaniu muchy. Po tej operacji i wcześniejszych sukcesach wznieśliśmy toast 18 –letnią whisky trzymaną przez gospodarza na specjalną okazję i zamiast iść spać jeszcze do świtu analizowaliśmy nasze sukcesu i plany startowe. W międzyczasie przetestowałem wałek do mięśni i poczułem przychodzącą ulgą. Szybko doceniłem to narzędzie mimo, że wcześniej uważałem je za mało przydatne.

Gdyby ktoś zauważył, że już po 6-tej rano byłem na FB odpisując na Wasze gratulacje to pragnę wytłumaczyć się, że to nie uzależnienie od tego medium tylko po 1,5 godzinie snu mój zegar biologiczny oznajmił koniec wypoczynku. Potem śniadanie i do domu na szczęście bez skurczów, much i innych przygód a dalej tylko gratulację domowników i cały dzień na rezerwowym zasilaniu z bolącymi nogami.

Bieg jak napisałem powyżej to inna historia i o niej wkrótce, będzie ciekawie.

ZAPRASZAM DO POLUBIENIA MOJEGO PROFILU NA FB lub na GOOGLE+.

Inne osoby czytały również:

Rekordy, życiówki i taka tam moja codzienność.

2017-06-20 20:21:52
runnerski-pl

8

Wyniki konkursu „Z biegiem marzeń”

2017-06-17 16:20:12
runnerski-pl

8

Mała zabawa biegowa (MZB).

2017-06-14 18:57:52
runnerski-pl

8

Konkurs – Z biegiem marzeń.

2017-06-11 19:56:33
runnerski-pl

8

Metoda Jeffa Gallowaya.

2017-06-09 14:33:15
runnerski-pl

8

Metoda Jeffa Gallowaya strategia biegu.

2017-06-09 12:42:03
runnerski-pl

8

Warto mieć zasady.

2017-06-06 15:21:37
runnerski-pl

8

Przepis na sukces.

2017-05-30 17:56:05
runnerski-pl

8

  • Malgorzata Wrzesinska

    To niezłe przygody i stres miałeś przed biegiem, współczuję skurczów – mam nadzieję, że doszedłeś już do siebie i co mi pozostało zrobić ? Jeszcze raz gratuluję Marcinie 🙂 i szukaj nowego celu teraz 🙂

    • runnerski.pl

      Nie mam pomysłu na dalsze cele i mam huśtawkę nastrojów raz chce mi się biegać w innym momencie absolutnie nie, może jak poczuję znowu głód za kilka dni to i cele się same znajdą.

  • Malgorzata Wrzesinska

    Pewnie Twój organizm prosi o mały reset .Zatem odpoczywaj – zasłużyłeś 🙂

  • Syrio Forel

    Gratulacje! Byłeś strasznie najarany na ten wynik, więc trzymałem kciuki. Tym bardziej, że zmieniłeś taktykę taperingu na moim zdaniem lepszą, jak sam napisałeś – zaufałeś Frielowi.
    Na podstawie własnych doświadczeń potwierdzam, że warto mu ufać.
    Moje łamanie 1:40:00 będę musiał przełożyć na przyszły rok, bo z doskonałym wyczuciem czasu złamałem sobie parę żeber 🙁 Ha! zamiast czasu złamałem kości, chłe, chłe – ale suchar…

    • runnerski.pl

      Szkoda tych żeber życzę szybkiego powrotu do pełnej sprawności.
      Byłem najarany to fakt na trasie przypominałem to sobie, nawet myślałem wtedy, że gdyby nie to poddałbym się bez wątpienia a więc zadziałało ja lubię presję gdy wiem że jestem w dobrej formie a teraz wierzyłem w to jak nigdy wcześniej.
      Kończę pisać relację z biegu opisującą samą walkę i tam dopiero przeczytasz o tym jak było naprawdę.

  • Janusz Przytocki

    Jeszcze raz mega gratulacje. Sam wiesz, że wierzyłem w Ciebie od samego początku. Jest petarda. Teraz leż, odpoczywaj, regeneruj się i co najważniejsze z każdym oddechem napawaj się sukcesem. Wdech -> „jestem zaje…y”, wydech -> „jestem mistrzem”. Zasłużyłeś. ;-).

    • runnerski.pl

      REWELACYJNY komentarz, stosuję się do powyższych zaleceń, natomiast będąc w pełni zadowolonym uważam nieskromnie że byłem przygotowany na więcej ale dobrze mnie zrozum nie narzekam ani odrobinę i nic bym nie zmieniał ale… byłem przygotowany na więcej. W sobotę pobiegłem na 102% ale w innym dniu złamałbym 1:29 i to wyraźnie. Nawet nie mam sportowej złości bo to byłoby igranie ze szczęściem ale pobiegnę kiedyś szybciej jestem o tym przekonany. Na mecie przeżyłem coś czego nie zapomnę nigdy.

      Za dzień lub dwa zapraszam jeszcze raz do przeczytania następnej relacji z ujęciem czysto sportowym samego biegu i sam ocenisz jak było.