39:59 życiówka w cieniu porażki.

Grymas bólu na mecie uchwycony przez Biegającego Foto oznaczał dla mnie wymarzony wynik 39:59 i życiówkę w cieniu porażki (mimo to pamiętałem żeby zatrzymać zegarek 😉 ).

Bieganie bywa bardzo zaskakujące nie tylko jeśli chodzi o nasze wyniki i możliwości fizyczne ale również pod względem reakcji naszej psychiki. Kto cierpiał lub walczył ze swoimi słabościami w końcówce maratonu ten wie co mam na myśli. Co ciekawe nie trzeba do tego 42 km, bo często i na 21 km czy 10 km mamy możliwość poznania swojej czarnej strony mocy lub raczej… niemocy.

Chciałem jednak zacząć od innego spostrzeżenia. W dniu 5 listopada pobiegłem w Gubinie 10 km w czasie 40:03 i mimo poprawienia życiówki byłem wtedy delikatnie mówiąc zniesmaczony. Teraz 11 listopada pokonałem ten sam dystans w Żaganiu w czasie 39:59 i euforia. 4 sekundy różnicy dzielące oba starty sprawiają, że tam na mecie chciałem kopnąć cokolwiek co nawinęłoby mi się pod nogę gdybym miał na to jeszcze choćby odrobinę sił. A tu radość i podskoki.

Oczywiście przesadzam, bo w Żaganiu też byłem już na energetycznym pustym baku. Zmierzam do tego, że nasza psychiki różnie ocenia bardzo podobne sprawy w tym przypadku biegi.

Moja radość w Żaganiu trwała do momentu kiedy nie zobaczyłem wykresu tempa i tętna z tego idealnego jak mi się zdawało startu. Trudniejsza trasa, zmęczenie poprzednim biegiem a mimo to walka i dołożenie brakujących sekund z iście chirurgiczną precyzją czego chcieć więcej. Tu powinien zakończyć relację dodając kilka zdań o walce i o tym jak było trudno, jak wykrzesałem z siebie więcej niż mogłem w dniu swoich imienin i święta Niepodległości tymczasem… „dałem ciała”.

Pisałem ostatnio o negative splicie zestawiając tą taktykę z positive splitem. I naładowany wiedzą na ten temat i chęcią przebiegnięcia dychy w Żaganiu według strategii negative split pobiegłem… positivem. Dlaczego?

Poniosło mnie. Na drugim kilometrze był ostry zbieg i chwyciwszy się ciekawej grupy biegaczy pobiegłem za nimi. Do 4-5 kilometra dawałem radę mimo, iż czułem, że jak dla mnie jest zbyt szybko.

Chciałem przebiec pierwsze 5 km w czasie 20:10-20:20 a pobiegłem w 19:29. Na trasie wytłumaczyłem sobie, że nie jest to najgorsza strategia ponieważ na drugiej identycznej pętli znowu będzie zbieg tym razem na 7 km gdzie dołożę jeszcze małe co nieco a potem może uda mi się pokonać analogiczne wzniesienie na 9 kilometrze i 10 kilometr pobiegnę choćby z zamkniętymi oczami. Zresztą do takiej strategii przekonywał mnie mój niezawodny przyjaciel Wojtek.

Plany mają do siebie, że weryfikuje je rzeczywistość.

Ekstremalnie duże zmęczenie jakie czułem w Gubinie na 7-8 km tutaj miałem już na 4-5 km. Właściwie skończywszy podbieg na 4 km wiedziałem, że teraz to już tylko będę słabnąć. Miałem wrażenie, że wyprzedzają mnie dziesiątki biegaczy. Zwalniałem. Nawet jeśli w rzeczywistości wyprzedzających było kilkunastu dołowało mnie to okrutnie. Próbowałem chwytać się wyprzedzających choć doskonale wiedziałem, że to najgorsza możliwa taktyka ale inaczej zszedłbym na 8 kilometrze, bo autentycznie cierpiałem. Do tego odezwała się łydka na 5-6 km i zastanawiałem się kiedy złapie mnie skurcz.

Na zegarku widziałem spadające średnie tempo 3:55, 3:56, 3:57. Na 8 kilometrze było 3:58 a czekał mnie podbieg na 9 km i z wypracowanego zapasu powinno mi zostać… nic. Wiedziałem, że mi się nie uda ale co robić. Wyprzedziła mnie dziewczyna, którą bez trudu ja wyprzedzałem na 9 kilometrze 6 dni wcześniej w Gubinie. Pomyślałem może chociaż chwilę z nią lub za nią i… pomogła mi zupełnie nieświadomie. Zrobiliśmy podbieg. Miałem wrażenie, że za chwilę padnę a tu jeszcze 1 km do mety. Średnia prędkość spadła 3:59/4:00 było więc na styk. Nie piłem na 9 km aby nie stracić sekundy lub dwóch, bo wiedziałem, że będę blisko o ile będę w stanie biec jeszcze przez 4 minuty.

To już nie było cierpienie i sapanie to była agonia. W końcu wpadam na stadion, na bramie widzę zegar 39:32 zdążę!!! O CHOLERA ta prosta jest jeszcze taka długa… dawaj, dawaj, dawaj, bo znowu zabraknie sekundy… zatrzymuję zegarek 39:58. Chwytam się biegacza za linią mety i mówię: trzymaj mnie. Stoję tak 2 minuty. On pyta czy jest ok ja odpowiadam: jeszcze chwila. Dochodzę do siebie, otrzymuję medal i ronię kilka łez dostając ataku śmiechu (zawsze tak reaguję przy rekordach). Z boku musiałem wyglądać jak wariat. Śmiech i płacz jednocześnie.

 

15068363_1190119437720283_2267333551245006391_o

 

Po 10 minutach idę do ekipy pomiaru czasu dowiedzieć się czy będą wywieszone wyniki ale gdy słyszą jaki mam dylemat tzn. czy mój wynik to 39:58, 39:59 a może 40:01 sprawdzają od razu i potwierdzają 39:59.

Dlaczego w tytule napisałem 39:59 życiówka w cieniu porażki?

Pobiegłem fatalnie taktyczne. Taktyka szybszej pierwszej piątki była tragiczna spójrzcie jak zwalniałem, porównuję kilometr 1 i ten sam 6 , 2 i 7 itd. Te pary odcinków biegliśmy po tej samej trasie, dlatego jest to niebywale ciekawe zestawienie.

 

1 km 3:44 – 6 km 3:54

2 km 3:52 – 7 km 4:06

3 km 4:01 – 8 km 4:05

4 km 4:00 – 9 km 4:11

5 km 3:51 – 10 km 4:01

 

Zajechałem swój organizm przez positive split moje łydki nadają się do wymiany. I nawet nie chodzi o to, że biegnąc mądrzej mój wynik mógł wynosić 39:45 problem jest inny. Mam ogromny kłopot ponieważ 20 listopada miałem biec maraton. Na tą chwilę słowo miałem jest właściwie. Więcej o przygotowaniach do maratonu i moich nogach 😉 znajdziecie tutaj: Dziennik moje bieganie.

Cieszę się z rekordu ale była to głupota z mojej strony, pobiegłem za szybko na początku. Poza tym nie mniejszą głupotą jest bieganie 10 km co 6 dni z wiarą, że organizm w pełni zregenerował się.

W normalnych okolicznościach po przebiegnięciu 10 000 metrów na zawodach mój organizm potrzebuje od siedmiu do dziesięciu dni, by wrócić do formy”. Mo Farah – Siła ambicji Autobiografia – strona 177.

BEZ KOMENTARZA.

I najsmutniejsze jest to, że wierzę iż po 9 dniach mój organizm będzie gotowy do przebiegnięcia maratonu.

To nie może się udać.

Jeśli dotarłeś aż tutaj zapraszam na mój profil na FB lub na Google+.

Lajki i komentarze mile widziane. 😉

Inne osoby czytały również:

Życiówka, która mogła być lepsza?

2016-03-29 08:37:09
runnerski-pl

18

W sprawie motywacji, jaką może być życiówka.

2015-05-18 14:50:36
runnerski-pl

18

Rekordy, życiówki i taka tam moja codzienność.

2017-06-20 20:21:52
runnerski-pl

8

Wyniki konkursu „Z biegiem marzeń”

2017-06-17 16:20:12
runnerski-pl

8

Mała zabawa biegowa (MZB).

2017-06-14 18:57:52
runnerski-pl

8

Konkurs – Z biegiem marzeń.

2017-06-11 19:56:33
runnerski-pl

8

Metoda Jeffa Gallowaya.

2017-06-09 14:33:15
runnerski-pl

8

Metoda Jeffa Gallowaya strategia biegu.

2017-06-09 12:42:03
runnerski-pl

8

  • Po pierwsze gratulacje! Po drugie: Jak się cieszę, że Ty też popełniasz błędy! 😉 Bardzo chciałbym popełniać takie błędy, które owocują takimi pięknymi życiówkami. Pierwszy kilometr był bardzo szybki, zrobiłem go o 15 sekund szybciej niż chciałem. No a teraz regeneracja: lód, sauna, roller, masaż i dużo wody. Powięź lubi wodę!

    • Wszystko to bee robił dalej; co do rekordu z Twoim progresem formy to… już się oglądam za siebie. 😉

  • Super to wszystko opisałeś. Regeneracja jest ważna, popełniłeś błędy, ale jesteś szczęśliwy, mądrzejszy, zrobiłeś życiówkę – brawo Ty 🙂 Ważne aby wyciągnąć wnioski i biec dalej 🙂

  • Pingback: Samotność maratończyka. - Bieganie dla każdego()